Fichier PDF

Partage, hébergement, conversion et archivage facile de documents au format PDF

Partager un fichier Mes fichiers Convertir un fichier Boite à outils PDF Recherche PDF Aide Contact



La légende perdue GV .pdf



Nom original: La légende perdue GV.pdf
Titre: Gilles Valoteau- La légende perdue.doc
Auteur: Gilles Valoteau

Ce document au format PDF 1.5 a été généré par Microsoft Word - Gilles Valoteau- La légende perdue.doc / Nuance PDF Create 8, et a été envoyé sur fichier-pdf.fr le 12/02/2013 à 11:24, depuis l'adresse IP 109.215.x.x. La présente page de téléchargement du fichier a été vue 1102 fois.
Taille du document: 2.2 Mo (269 pages).
Confidentialité: fichier public




Télécharger le fichier (PDF)









Aperçu du document


i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
i
y
ye
r
iyt
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r
i
t
e
n
i
n
t
e
te
t
t
i
i
t
itn
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
i
e
it
e
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
e
n
i
n
t
e
te
t
i
i
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
La
légende
perdue
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
d
i
r
y
ye
dy
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
i
e
t
e
n
i
n
t
e
tnt
t
t
i
i
t
itn
p
ie
e
p
i
o
p
Gilles
Valoteau
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
y
r
d
t
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
e
d
i
r
dy
t
y
r
d
e
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
in
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
r
d
t
r
d
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
1
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
i
y
ye
r
iyt
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r
i
t
e
n
i
n
t
e
te
t
t
i
i
t
itn
p4
ie
e
p
Le peuple et le pays ...................................................................................
i
o
p
e
o
p
i
C
o
Chapitre
I
:
Découverte
............................................................................
6
C
o
C voyage ..................................................................
e
op Chapitre 2: Le grand
C
23 e
t
i
edouble lune................................................
i46t
e
Chapitre
3 : Le marché de
la
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
t
y
r
Chapitre 4 : Le vol...................................................................................
68
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
5 : Captivité
..............................................................................
81
e
n
i
n
t
e
t e Chapitre
t
i
Chapitre
108 i
tn67 :: L'évasion............................................................................
e
i
p
i
e
Chapitre
La rencontre.......................................................................
141
p
i
o
p
e
o
p
i
C
Chapitre 8 : La légende
.........................................................................
167
o
C
o
C du retour...........................................................
e
9 : Le voyage
197 e
op Chapitre
C
t
e
i
t
e
t
i
Chapitre
10
:
Les
malfaisants
................................................................
220
d
i
t
d
i
r
y
y
ye
d 11 : Larfindy
t
Chapitre
du voyage ..............................................................
246
r
e
r
n
e
t
i
e
t
e
n
i
n
t
e
tnt
t
t
i
i
t
itn
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
y
r
d
t
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
e
d
i
r
dy
t
y
r
d
e
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
in
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
r
d
t
r
d
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
2
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
i
y
ye
r
iyt
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r
i
t
e
n
i
n
t
e
te
t
t
i
i
t
itn
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
i
e
it
e
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
e
n
i
n
t
e
te
t
i
i
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
d
i
r
y
ye
dy
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
i
e
t
e
n
i
n
t
e
tnt
t
t
i
i
t
itn
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
y
r
d
t
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
e
d
i
r
dy
t
y
r
d
e
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
in
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
r
d
t
r
d
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
3
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
i
y
ye
r
iyt
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r
i
t
e
n
i
n
t
e
te
t
t
i
i
t
Le peuple
itn
p
ie et leipays
e
p
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op Les Marguiranes
C
e
t
i
t
e de pêcheurs
d
Peuple
etede paysans, leur
vie et régie d
pari la
t
t
i
y
ye
r
i
t
y
r
d
e
nature
et
par
les
magiciens.
Leur
pays
est
riche
de
forêts,
de
d
n
e
t
r
r
t Leur vie te i
n de toutesinsortes.
deecultures et d'animaux
i
t
t e rivières,
i
tnest rythmée pariles
e saisons. ie
i
p
paisible
p
o
p
e
o
p
i
Le climat est tempéré
et souvento
pluvieux.
C
o
C
C à l'école jusqu'à
eans dans leurte
op Les enfants
C l'âge de douze
vont
t
e
i
e
t

d avant de rpasser
i où ils apprennent
village
à lire et à écrire
t
d
i
r
y
y
ye
d
t
y
d
e
r
l’âge
adulte.
n
e
t
r
i
e
t
e
n
i
n
t
e
tnt Les iEriugrams
t
t
i
i
tn
t
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
Appelés
par
les
Marguiranes
les
malfaisants,
ils
sont
pauvres
o
o
efer, que leste C
op et n'onttecommeC richesses
C
que
du cuivre ou
du
t
i
e pas. Ils commercent
i
d
i
t
Marguiranes
ne possèdent
donc avec
eux
e
d
i
y
y
r
d
t
y
r
e
d
r
échangeant
leur
production,
contre
du
bois,
du
blé
ou
des
n
e
t
r
e
tcomme les e i
ebêtes, mais pratiquent
n la pêche
i
n
t
de
tnt peaux
i
i
tn
e
i
p
i
Marguiranes.
e
p
i
o
p constitué dep cailloux et de C
e
o
i
o
Leur
pays
est
surtout
rochers,
C
o
C
e du pays.te
op quelques
C marais au sud-ouest
pâturages, ainsi qu'un
t
e
i
e
t
i
i bien tentéyautrefois
t
Ilsd
ont
d'envahir r
le d
pays Marguiredmais
e
i
y
t
r
d
e
r
sans
succès,
aussitôt
repoussé
par
les
magiciens,
origine
de
n
e
t
r
e grandterespect et origineidunnom de malfaisant
t pour les e i
n
tnt leur
i
i
n
e
i
p
i
e
Eriugrams.
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op Les échanges
C
e
t
e
i
e
it
dse fait à rladville
it
t
Le
commerce
entre
les deux peuples
e
i
y
r
d
t
d
e
r
n
e
frontière,
MarguiaVille,
sous
la
responsabilité
de
plusieurs
t
e
ttroc dont la e i
er Les échanges
n se font ipar
i
n
t
tnt magiciens-village.
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
4
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d ne ntye
i deux valeurs imposées
y
r par lesey
magiciens,
iyt quantitérentre
y
r
e
d
d
t
r
i
varient
t
ejamais.
nmois de laindouble
i
t
e
te
t
t
i
Le
marché
a
lieu
tous
les
lune.
Certains
t » chargés de parcourir
itn
p
iedes « collecteurs
e
p
i
commerçants
payent
o
p
e
o
p
i
C
o
o premièresteconstituant leestockC
le pays C
et de ramener matières
op
C
i
pour le jour du marché.
e
it
e
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
Les magiciens
e
n
i
n
t
e
te
t
i
i
Les magiciens peuvent
le passé des êtres qu'ils
tn
e l'âmeliredesdans
i
p
i
e
p
i
o
touchent,
ressentent
arbres
ou
de
toutes
choses
p
e
o
p
i
C
o
C
o
vivantes,C
mais ne lisentC
pas dans les pensées.
eles animaux
op
e et
t
e
i
t
Ils
détiennent
un
pouvoir
sur
tous
e
t
i
d
i
t
d
iles choses inanimées.
r
y
ye
dy commandent
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
e Cetsont
t et dictentteles i
le pays de Marguire
e eux qui régissent
n
i
n
tnt
t
i
i par
lois ou les coutumes.
Les magiciens
tn
t sont nommés
e
i
p
i
e
i
oet à leur op
cooptation. Onples reconnaîtpà leur robe chasuble
e
i
C
o
C
long et lourd
C bâton. Co
e
op
e
t
e
i
plusieurs
:
etypes de magiciens
it
d
itIlLesexiste
t
e
d
i
y
y
r
d
t
magiciens-conseils
qui
vivent
au
château
de
Marguire
et
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e quitdétiennent
i
t
e le pouvoirinde régir le pays.
n
e
tnt
i
i
tn
Les magiciens-village
qui règlent les conflits dans lep
village
e
i
i
e
i
o
p
ou servent o
d'enseignants
et de
conseiller dans C
lequel ils sont op
e
p
i
o
affectés.CIls sont nourris
et logés pareles villageois en C
op
C
e
e
it
t
récompense
detleurs
services.
e
t
i
d
i
d ou les nte
iqui se sont retirés
rdans les montagnes
dy Les ermites
y
r
d
e
r
e
t
r
e forêts.
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
Les magiciens-village
ne p
peuvent
e ou les magiciens-ermites
in
i
e
p
i
o
p
e
participer au
conseil et à l’administration
du pays.
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
r
d
t
r
d
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
5
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
i
y
ye
r
iyt
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r
i
t
e
n
i
n
t
e
te
t
t
i
i
t
itn Chapitre
p
ieI : Découverte
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
i
e
it
e
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
t
y
r
d
e
Le
soleil
scintillait
entre
les
feuilles
des
arbres
qui
d
n
e
t
r
r
t Allongé te i
eses rayons en taches
n blanches isurnl'eau.
i
t
t e découpaient
i
tnbarque à l'ombreiedes grands iarbres
i
p
sur ma
qui, comme une
e
p
o
p
e
o
i
voûte, recouvraient
la rivière eno
unp
frais ombrage, j'observais
C
o
C
C à travers lesCbranches. L'eau
es'écoulait aute
op le scintillement
t
e
i
e
t
i
d qui, délicatement,
i de ma sieste,
rythme
recueillant les feuilles
t
d
i
r
y
y
ye
d
t
r
y
d
e
r
s'y
posaient.
De
temps
en
temps,
une
libellule
venait
chercher
n
e
t
r
e
t À la proue, te i
e
sur
mon chapeau outlein
bout de mes ipieds.
n
t
tnt refuge
tn dont le bouchon
t bercer par ol'eaupi
e
i
ma iligne,
se laissait
e
p
i
p dansoma
e
o
p
i
C
paresseuse,
m'accompagnait
tranquillité.
Un
bourdon
o
C
Cparfois la plénitude
e
op presséttroublait
C
de son
vrombissement
e
t
e
i
eaucun poisson.y
it
d ligne merservait
i Je n'avaisyipris
t
sonore.
Ma
e
d
y
r
d
t
e
d
r
d'excuse
pour
venir
goûter
à
ce
monde
de
silence
et
de
n
e
t
r
e
t l'appât e i
e je ne m'inquiétais
n guère deinchanger
i
t
Aussi,
tnt quiétude.
i
tn
e
p
i
au ibout de l'hameçon.
J'observaisie
les feuilles flottant
p
o
p et quand elles
e
o
p
i
C
o
doucement
à
la
surface
s'approchaient
trop
près
C
o
op de matebarqueCen bois,
C s'y collaientitene tournoyant
elles
e
t
e
i
d
i
t
lentement.
Trempant
le
bout
de
mes
doigts
dans
l'eau
fraîche,
e
d
r que e
dydétournais rleurdyicours tranquille,tependant
t
r
r
je
les
martins
n
e
t de ma e i
e des flèches bleues,
n filaientiau-dessus
i
n
t
telles
tnt pêcheurs,
i
n
e rassuréesiepar le mouvement
p
i
tête.i Les poules p
d'eau,
p
o Il
e
o
p
i
C
o
nonchalant
de
ma
barque,
se
risquaient
à
sortir
leurs
petits.
oet de me réveiller
C
e avec monte C
op m'arrivait
C
t
de m'endormir parfois
e
i
eà quelques racines
d émergeantrddei la
it accrochée
t
embarcation
e
i
y
r
d
t
d
e
r
n
e
rive.
Je
reprenais
alors
ma
godille
et
remontais
en
silence
les
t
e
i
t
insoulever lesin
terquelques e
ondes
feuilles et venir ie
tnt flots,inlaissant
p
op
pi opie
e
o
i
C
o
C
6
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d de bois ntye
i rives. Puis j'accostais
y
r au petiteponton
les
iyt chatouiller
y
y
r
e
d
d
t
r
r
que j'avais
fabriqué. Je prenais
matligne et mon seau i
e
n Je ensuite
i
n
t
te
t
i
ite
vide
et
rentrais
à
la
maison.
marchais
le long d'un sentier
tn
t
e
i
p
i
e
i de mousse.
bordé par quelques
oDe l'autre op
p murets recouverts
e
p
i
C
o
côté, desCchèvres ou deso
moutons interrompaient
leur repas C
e
op
C
e
t
i
t
pour me regarderepasser, intrigués.d
Je les saluais etitoujours
e
t
dla saison, tye
i répondait pareunrbêlement. Suivant
iyt l'une d'elles
me
y
r
d
d
e
t
r
r
t
je remplissais
mon seau de
noisettes, de châtaignes
ou bien de in
e
n
e
i
n
t
t
te
baies sauvages, dont
les arbres ou les ihaies poussaient leilong
tn
e
i
p
i
e
iles sauterelles C
o sur le op
du chemin. Mes
sautant
p pas effrayaient
e
p
i
o
o
côté ouC
faisaient taireC
un moment les grillons
malgré mes C
e
op
e
t
e
iJe traversais leitvillage
précautions
poure
ne pas les déranger.
t
d
i
t
dloin de la ntye
i pour rejoindre
rma maisonenon
y
dy aux toitsrmoussus
r
y
d
e
r
t
e mer.teCe jour-là, je portaiinaussitôt le fruitndet mes cueilletteseà i
tnt
itun
ma mère. Quantie
à t
mon père, sans
tn
tis'arrêter deotailler
i
p
e
p
i
p il m’interrogea
morceau de bois,
dans l'espoir d'un
miracle :
e
o
p
i
C
o
opoissons aujourd'hui,
— As-tuC
rapporté quelques
mon fils ? C
e
op
C
e
t
e
i
Je lui répondiste
par la négative. Alors,
il secoua laittête de
t
d
i
i se désolant pour
y
rmon avenirerdedpêcheur. Il nte
dy droite àrgauche
y
e
d
r
t
e craignait
i
t pour le nourrir
relève
e que je ne puisse
nprendre lain
i
t
e
tnt
ià la
tn
quand il serait vieux.
Pendant ce temps, ma mère porta
e
i
p
i
e
i
o
p pour préparer
cuisine mao
récolte
quelques desserts
de mes op
e
p
i
C
o
C
fruits. Puis,
je retournai
voir père qui bricolait.
Intrigué par C
e
op
C
e
t
etravail, je lete
i
t
son
questionnai.
t
i
d
i
e
isurprise pour toi,erme répondit-il,rd
dy — C'estrune
t
y
alors ne me
d
r
n
e
t
e posete
i
t
plus de questions. in
n
e
tnt
i
i
Il se tut, concentré
sur son travaile
et reprit :
e
in
pmoi. Il p
i
i
o
p
e
— Demain,o
après l'école, tu p
viendras à la pêche
avec
o
i
C
C
o
p
C
est
temps
que
tu
apprennes
convenablement.
e
o
C Je le laissai,itn'osant direiqu'il
en'y
e il reprit son
t
e
t
Puis
travail.
d
i
dsur le tapis te
it sur mon hameçon,
r et allaiejouer
dy avait aucun
r
appât
d
e
r
n
t
rprès de l'étable.
e de tpaille
t
e
n
Les chèvresn
n'étaient
séparées de i
t
i
tn
i
ie
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
7
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
icloison qui s'enlevait
y
ye
r les saisons
nous
froides.
iyt que parrune
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
par
mes jeux, je n'entendis
tfrapper le toit te i
efut
nmèrepasquilafitpluie
i
n
t
t e Absorbé
t
i
de bois.
Ce
la
voix
de
ma
intrusion
dans le i
n
t
t
e
i
p
i
e
p
i
monde de mon imagination
:
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o les chemins.
Tiens, voilàC
la pluie qui va inonder
e
op —
C
e
t
i
Je levai
la tête. En effet,
les trombes d'eau
tombaient surit
la
eJ'aimais
eavec
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
maison
violence.
la
pluie
qui
dégoulinait
du
toit
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
r
tabondantes. te i
furieux
et chutait surn
le sol en cascades
e
i
n
t
t e enElletorrent
i
faisait
et le bois, apportait les odeurs i
tn luire les pierres
e
i
p
i
e
p
i
o
fraîches
de
mousses
et
de
lichens
à
mes
narines,
et
faisait
p
e
o
p
i
C
o
C
o
le bois
de terre qu'elle frappait,
sons
Cou les pots C
e en aussi
op chanter
e
t
e
i
t
mélodieux.
Puis,
la
pluie
torrentielle
disparut,
e
t
i
d
i
t
dde la
i s'était manifestée.
r Le rythme
y
ye
dy
soudainement
qu'elle
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
i
e
s'espaçait
et les gouttes, detplus en plus
e rapidement
n
i
n
t
e
tnt musique
t
t
i
i
rares,
rechignaient à tomber
nature
alors
t verdissait o
itn
p
ie dupartoit.uneLaidouche
e
p
p
davantage
comme
ragaillardie
bien
fraîche.
e
o
p
i
C
o
C
ode chèvres.tToutes
mère possédait
étaient
C une dizaine
e
op Ma
C
e
e
i
gentilles
sauf une, qui
des coups de cornes
eagressive, donnaity
it
d
its'approchait
t
e
d
i
y
r
d
t
à
qui
d'elle.
Si
je
ne
faisais
pas
attention,
elle
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
i
meedonner un coupin
de sabot. Pournlatpunir de sa
t
e
tnt pouvait
i
tn elle passaitieen dernier àilaetraite. Cependant, p
méchanceté,
je i
i
p
o
pvoulait d'être p
pensais qu'elle m'en
toujours la dernière.
Alors,
e
o
i
C
o
C
o
Cprendre avant
de la
les autres pendant
e quelquete
op j'essayai
C
t
e
i
temps.
traitement
e de faveurrnedmodifiait pasdison
itMais ceSeul
t
e
i
y
d
t
y
r
comportement.
père
pouvait l'approcher
sans craindre
un
d
e
r
n
e
t
r
e bas.tCar
e un jour qu'elleitenta
n d'attraperindest mûres dans ie i
tnt coup
n bien épaisses,
des ironces
tellement que ses
e elle s'empêtra
p
i
e
p
i
o
p
e
cornes s'emmêlèrent
dans
les
branchages.
Elle
resta
ainsi
o
p
i
C
o
C jusqu'à ce C
l'après-midi
queo
père la découvrit
eet délivra tlae C
op toute
t
e
i
e par cette rlongue
t Traumatisée
gourmande.
épreuve, sans
i
d
i
t
e
dque
i
y
d
t
r
laquelle toute tentative
pour se dépêtrer
n'eut pour effet
d
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
8
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d que ntye
idavantage, elle e
rtrouva comme
ne y
réconfort
iyt de la coincer
y
y
r
d
d
e
t
r
r
i
les bras
son maître. n
t
e lede soir
i
n
t
e
te
t
t
i
i
Quand
arriva
après
le
souper,
ma
mère
ouvrit
les
t Je sus par ceprituel p
itn
ie mon lit eniealcôve.
rideaux
qui
cachaient
o
p
e
o
p
i qu'il était
C
o
o
p
l'heure
de
me
débarbouiller.
J'embrassai
mes C
C
e
o
C
e
t referma lesitlourds
i
parents, puis une
fois couché, madmère
e
e
t
d à travers tye
i avant de m'endormir,
r
iyt rideaux.rJ'aimais,
entendre
y
r
d
e
d
e
t
r
t
l’épaisse
étoffe qui fermait
mon alcôve, le
murmure de mes in
e
n
e
i
n
t
t
i Leur présence
iteme
parents qui discutaient
devant la cheminée.
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
rassurait.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
Le lendemain,
bu un lait de chèvre
que ma mère
C après avoir
e tartine
op
C
t
e
i
t
me
trayait
tous
les
matins,
accompagné
d'une
dee
pain
e
t
i
d
i
t
d
i
r
y
y
ye
d et quelques
fruits, je pris maebesace et partisrà l'école. La
t
y
d
r
n
e
t
r
e pluietede la nuit transforma
la route enten lit boueux et i
n
i
n sur lesquellesiteje
tnt
t
ipierres
m'obligea à bondir
à la recherche de
tn
t
e
i
p
i
e
p
i
o
p
pouvais m'appuyer.
Entre deux
sauts,
je saluai mes
camarades
e
o
p
i
C
o
o
qui me C
rejoignaient. Le
magicien-village
nous attendait à la C
e
op
C
e
t
e
i
t
porte, s'appuyant
sur son long bâton,
comme tous les
matins.
e
t
i
d
i
t
dpar un et nte
i nous devionsey
rlever nos pieds
dy Avant derd
rentrer,
un
y
r
r
e
t
e d'unte
i
mouvement presque
nimperceptibleindest lèvres, il chassait
i
e
tnt
i la
tn
la boue de nos chaussures,
l'éjectant de nos semellesp
vers
e
i
i
e
i
o
pcette formalitépeffectuée, nous pouvions
cour. Une fois
nous op
e
i
C
o
o
asseoir. C
Du haut de C
son estrade, le vieux
magicien nous C
e
op
e
t
e le temps
i ce qui neittardait
observa
que nous fassionsdsilence,
e
t
i
t
r mais la epeurrdqu'il nous nte
dy pas. Nonrdypasi qu'il fût sévère,
e
r
t
e transformât
i
t incitait à la plus
nous
e en un quelconque
n insectein
i
t
e
tnt
i
grande obéissance.
sûr, le
eIl n'en avaitiniele pouvoir ni, bien
in
p
i
o
p
e
désir, maisonotre imagination
remplaçait aisément
toute op
p
i
C
opouvoir et satgrande
réflexionCsensée. Par son
e sagesse,tenous C
op
C
e
i
e tous les habitants
comme
du village.i Jusqu'à
d
itlel'âgerespections
t
d tous les te
i
y
r
d
r
de douze
ans, la classe
unique rassemblait
d
e
r
n
e
t
rdu village où lesinplus grands avaient
e enfants
t
e
le devoir d'aider i
t
n
t
tn
i
ie
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
9
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
dnous
i milieu de ela y
ye
rmatinée, e
les
Au
nous
iytplus petits.
t
y
y
r
d
d
n
t
r
r
de la cour
en criant, dès que
t les coups te i
eau milieu
npar
i
n
t
t e précipitions
t
i
de bâton
donnés
sur
le
plancher
le
magicien
annonçaient i
n
t
t
e
i
p
i
e
p
i
la pause. Les jours de
pluie comme
ce jour, nous attendîmes,
o
p
e
o
p
i
C
o
C
oassécha la tcour
de courir,
en tendant
C que le magicien
e
op avant
C
e
i
son bâton
prononçant
quelques motsd
incompréhensibles,
e
itet
eoffrantet enainsi
t
t
d
i
y
ye
r
i
nous
un
espace
de
jeux.
Outre
ses
pouvoirs
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r devoir
de régler les conflits
entre les thabitants, il
e
n
i
n
t
e
t e son
t
i
connaissait
ainsi que leur i
tn également ileseherbes médicinales
i
p
e
p
i
o
préparation
pour
soigner
les
malades.
En
retour
de
ses
bons
p
e
o
p
i
C
o
C
o
il recevait
C logis et nourriture.
op services,
C de la classeiette
e
e
t
Je faisais
partie
des
plus
grands
avec mon ami
e
t
i
d
i
t
dannée
i bientôt avoiredouze
r ans. Cette
y
ye
dy nous rallions
Gallec,
t
r
y
d
r
n
e
t
e
t adulte et je te i
pour
de l'enfance à l'âge
e moi le passage
n
i
n
t
tnt marquait
t
i
vivais
tnma dernière annéeied'école. Faireiepartie
t des adultesomepi
i
p
réjouissait, bien quep
souvent je craignisse
de perdre la
liberté
e
o
p
i
C
o
C
o
l'on nous C
accordait à cetC
âge.
e
op que
e
t
e
i
Nousit
tînmes réuniontdans
que les plus petits
e la cour, pendant
it
d
e
d
i
y
y
r
d
t
jouaient
au
loup
en
criant.
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e Viens-tu
t ma mère e i
Gallec,
echez moi demaini?nMe demandain
t
tnt —
i
tn des gâteaux. ie
nousifera
p
e
p
i
o
p
— Non, je dois accompagner
monp
père à la pêche, répondise
o
i
C
o
C
o
Cde rater un bon
à l'idée
goûter.
e
op je,Je déçu
C
e
t
e
i
t
n'osai
dire
qu'il
voulait
m'enseigner
l'art
de la pêche,
e
t
i
d
i
t
e
d
iet indispensableeàrla survie durvillage.
dy principale
t
y
activité
d
r
n
e
t
r
e lestenfants,
t la pêche e i
e à partir deineuf
n ans, pratiquaient
n
tnt Tous
i
i
n Je pratiquai
régulièrement.
cet art comme
tout à chacun, mais
e
i
p
i
e
p
i
oLa
p de zèleopour
e
père prenait mono
manque
une incompétence.
o
p
i
C
que je neCpuisse nourrir
la famille, dans e
le cas où il see C
op peur
C
t
e
i
e de prendre
t dans l'impossibilité
trouverait
la mer étant trop
it
d
i
t
e
d
i
y
r
d
t
r
vieux, l'inquiétait
plus que de raison.e
d
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
10
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
ddes fruits ntye
i de flâner danselay
r forêt, ramasser
iyt J'affectionnais
y
y
r
d
d
e
t
r
r
tombés
ou admirernles grands arbrestqui étalaient leurs i
e à terre
t
e
te
tiau soleil e
in de mes bras
itleur
branches
majestueuses
et entourer
tn
t
e
i
p
i
i De ma barque,Cjeopréférais op
tronc rugueuxp
chargé d'histoire.
e
p
i
o
odiscrètementtdans
observerC
les poissons filant
l'eau, trahis par C
e
op
C
eà la
i
t
les reflets du soleil
sur leurs écailles.
Plutôt que d'aller
e
i
e
d
t
i les sentierserserpentant entrerd
ye
iyt pêche, jerparcourais
deux murets
t
y
d
d
n
e
t
r
t d'humusteet i
moussus,
respirais la brise
chargée de senteur
e
n
i
n
t
te
i
i
d'herbes et de champignons
odorants. Plutôt que d'attraper
tn
e à marcher
i
p
i
e
p
i
o
une
truite,
je
m'entraînais
sans
bruit,
sans
briser
p
e
o
p
i
C
o
C
o
une brindille
renards ou
C ou froisserCune feuille, etitsurprenais,
e personne
op
eme
e
t
sangliers.
Lors
de
parties
de
cache-cache,
ne
e
t
i
d
i
t
d mes ntye
i et j'intriguais
rjusqu'à l'inquiétude
y
dy trouvaitrjamais
r
y
d
e
r
e
t
e camarades
t commete
soudainement
par i
e lorsque je tréapparaissais
n
i
n
t
tnt
i
i
magie. J'aimais les
en solitaire,
t trouvantolespautres p
itn
iesortiesmanières
e
i
p
enfants
trop
bruyants,
incompatibles
avec la o
e
p
i discrétionCo
C
o
p
à laquelle C
j'aspirais quand jee
marchais dans les C
o
e
t
e
i
t
bois. Cheminant
sans précaution d
et parlant sans iattention
e
t
i
t
d bien nte
i
y
r les animaux
dy quand ilsrsedypromenaient
avece
moi,
fuyaient
r
r
e
t
e avant
i
t quand je leur
enotre arrivée. J'irritais
n mes camarades
i
n
t
e
tnt
i
i
tn
demandais de rester
immobiles dans les bois, pour surprendre
e
i
p
i
e
i
o
p de quelques
un cerf. Auobout
minutes, ils commençaient
à op
e
p
i
C
o
C
s'impatienter
alors qu'il
aurait fallu rester
sans bouger ni C
e
op
C
e
t
e plus d'uneteheure.
i
t
parler
t
i
d
i
e
d
dy À la sortie
t
y
r
dei l'école à midi, e
je r
trouvai père en
rentrant à la
d
r
n
e
t
r
e maison.
tpour la sortieede i
e Il préparait sesinlignes avecisoin
n
t
tnt
i
n
l'après-midi. Je l'observais
danse
un silence quasi religieux
e
i
p
i
i
oAprès le op
e
remarquanto
la p
délicatesse avec
laquelle il travaillait.
p
i
C
C se reposaCunomoment suritun
dîner, père
e tabouret,tleedos C
op
e
contre t
unemur et pendant ce
temps, j'aidais ima mère
d
itappuyé
e
d
i
y
r
d
dans la maison.
Puis, après
un moment, r
il se leva et nt
d
e
r
e
t
e m’appela
i
t
er:
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
11
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
tAllez, mon fils,
d
ic'est l'heure. ey
ye
r
—iy
t
y
y
r
d
d
n
e
t
r
r
prîmes
les lignes et les n
appâts et rejoignîmes
t la grève te i
emaison.
i
n
t
t e Nous
t
i
derrière
la
Sur
la
plage
dont
les
galets ronds i
n
t
t
e
i
p
i
e
p
i
crissèrent sous nos pas,
les bateaux,
peints de couleurs vives,
o
p
e
o
p
i
C
o
C
leur
clair, parsemé
Cpropriétaire.CLeociel, d’un bleu
e
op attendaient
e
t
i
de nuages
nous
présageait une
journée favorable.
evenaient
itet
e de traîne,
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
Les
vaguelettesd
grises
s'échouer,
faisant
rouler
t
y
r
e
d
n
e
t
r
r
t en courbe te i
entre
eux les caillouxnronds. La plage,
e
i
n
t
t e crisser
i
monotone,
dont seules les i
tn abritait lesiebateaux alignés
i
p
e
p
i
o
couleurs
multicolores
se
reflétant
dans
l'eau
ondulante
p
e
o
p
i
C
o
C
o
de
entre eux. Chaque
de
Cles distinguer
eAinsiartisan
op permettaient
C
e
t
e
i
t
village
fabriquait
les
bateaux
à
sa
manière.
lorsque
e
t
i
d
i
t
d des
i se croisaienteauy
r large, chacun
ye
dy embarcations
deux
t
r
y
d
r
n
e
t
r
i
e
devinait
du propriétaire. t
e le mouillage
n
i
n
t
e
tnt pêcheurs
t
t
i
i
J'aidais
croyaisie
le faire en poussant
t notre bateauodup
itnquepèreje oule pus
e
p
i
p
mieux
jusqu'à
la
mer.
Et
juste
avant que C
la proue
e
o
p
i
o
o de père quiteme poussait àe C
sur l'eau,
C je grimpaiCaidé
op nebord,glisse
e
ila voile en coton
d'une main sous
les fesses. Je hissai
e
t
it
d
i
t
e
d
i
y
y
r
d
t
pendant
que
père
enclenchait
les
rames
dans
les
dames
de
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e . J'aimais
t doucement e i
e regarder la voile
n blanche faseyer
i
n
t
tnt nage
i
tn jusqu'à ce qu'une
au vent,
fois la pointe de terre dépassée, p
la i
e
i
i
e
i
o
psoudainement,p gonfle d'un coupCsec la Cop
bise venant du large,
e
i
o
o un gémissement
C
triangulaire.
La coqueCpoussa
e et tlee
op toile
t
e
i
bateau
du gîte sous
rangea iles
el'impulsion durvent.
d auPère
itauprisfond
t
e
d Je
i
y
d
t
y
r
rames
du
bateau
et
prit
ma
place
gouvernail.
d
e
r
n
e
t
r
e
t se fendre e i
observais les vagues
ealors à l'avant etin
n
t
tnt m'allongeais
i
i
nproue, souleverileebateau pourie
sousila
le laisser choir ensuite
p
p
obout
p Père fixa
e
dans un bruit de clapotis.
le safran à l'aide d'un
o
p
i
C
o
o
C de ses lignes.
à l'eau une
Puis il m'appelae
me sortant dee C
op etmajetacontemplation
C
t
e
i
eprésenta une ligne.
t
ett
me
it
d
i
e
d
i
y
r
d
t
r
— Vas-y, à toi, d
montre-moi.
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
12
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d un ntye
i alors à accrocher,
y
r au bout deey
l'hameçon,
iyt Je m'appliquai
y
r
e
d
d
t
r
r
i
petit epoisson mort pris
dans un seau.
t Pendant qu'il
nmenton
i
n
t
e
te
t
t
i
i
m'observait,
il
opinait
du
de
temps
en
temps,
jugeant
t Le plomb, d'unpplouf, p
itn
iejetai le tout àie
de
mon
travail.
Je
l'eau.
o
p
e
o
pJe fixai ensuite l'autre
i s'enfonçaCdans
C
o l'eau glauque.
o
p
extrémité C
e
o
C
e et
t Père is'assit
t
de la longue canne
dans le fond d
duibateau.
e
e
t
i de sa besace, ele rrompit et m'enrdproposa un ntye
iyt sortit durd
pain
y
d
e
tjoie et nous letmastiquâmes
r
morceau.
Je l'acceptai avec
sans i
e
n
e
i
n
t
t
i
ite
un mot, goutant le e
bonheur d'être ensemble.
tn
i
p
i
e
i dit-il une bouchée
o de pain op
— Il ne reste p
plus qu'à attendre,
e
p
i
C
o
C
o
encore dans
la bouche.C
C
e
op
e
t
eil huma l'air
iet les nuages, cherchant
t
Puis
en observant le ciel
e
t
i
d
i
t
d
i
r
y
y
ye
d le moindre
signe. Nous passâmes
près d'une heure
à attendre,
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
e remontant
t vérifier queteles i
en temps pour
e les lignes detitemps
n
n
t
tnt
i
i
appâts tenaient bon
à l'hameçon. Soudain,
longues
tn
t une desop
e
i
i
e
i
cannes ploya p
d'un coup faisant
gîter le bateau.
Père se op
e
p
i
C
o
C
précipitaC
soudain et cala
lao
ligne entre les e
jambes.
op
C
e
t
e
i
C'est un gros
! Me cria-t-il par-dessus
le souffle du
e
itvent.
d
it—
t
e
d
i
y
y
r
d
t
La
ligne
se
tendit
et
le
fil
dans
l'eau
commença
à
décrire
un
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e cercle.
i
t monstre énorme
un
eJe ne vis rien,imais
n j'imaginai
n
t
e
tnt
i
i
tn
voulant entraîner ilee
bateau au fond de la mer.
i
p
e
p
i
o
p ! M'inquiétai-je.
— Le fil vao
casser
e
o
p
i
C
C
o
— N'aieC
crainte, Il tiendra
! Laissons-le see
fatiguer !
op
C
e
t
e
i
t
De temps en temps,
il tirait en arrière
faisant ployerila
canne
e
t
d
i
t
e
d
i
y
r
d
t
y
r
en
une
courbe
inquiétante,
puis
il
relâchait
subitement.
d
e
r
n
e
t
r
e Lentement,
t le poisson àela i
ligne pour remonter
e il tendait lain
n
t
tnt
i
i
n
surface. Le fil, faisant
des zigzagseen fendant l'eau, imprimait
e
i
p
i
i
o La tête op
pmouvementsop
e
à la canne des
secs. Soudain, il apparut.
i
C
o
C
sortit deC
l'eau et replongea
:
e
op
C
e
t
e
i
Un espadont! e
M’écriai-je.
it
d
it—
e
d
i
y
r
d
t
r
— Vite, prends
un harpon ! Dit-il.
d
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
13
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
tm'empressai dd'obéir
d au
i et ramassaieley
ye
rlong bâtonearrimé
Jeiy
t
y
y
r
d
n
t
r
r
i
par e
un cordage.
t
net ne le loupe
i
n
t
e
t e bateau
t
t
i
i
— Dès
qu'il
apparaît,
lance-le
pas
!
Je
te
fais
t
itn !
p
ie
e
p
i
confiance
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o s'accompagnait
ordre, doublé
sûrement
C d'un ultimatum,
e
op Cet
C
e
t
i
t
d'uneesanction voiléeequi me mit mal
à l'aise. Je ime
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
concentrai
fixant
le
fil
raidi
s'enfonçant
dans
l'eau.
Quand
la
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
r réapparut,
t toutes mes te i
j'étais prêt. Je lançai
le harpon de
e
n
i
n
t
t e tête
i
forces.
et s'enfoncer dans i
tnJe sentis la pointeiebriser le cartilage
i
p
e
p
i
o
la
chair.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
Bravo ! S’écria
C mon père.C
eréussi, sanste
op —
t
e
i
Je fus
heureux,
mais
surtout
soulagé
d'avoir
e
t
ide
d la résistance
i l'épreuveyiimposée.
t
d
r
y
y
ye
d
faillir,
Rapidement,
t
r
d
e
r
n
e
t
r
e
t le poisson te i
diminua.
efficace, remonta
e Père, entgeste
n
i
n
t
tnt l'espadon
i
sansipeine.
de la bête, surgissant
de l'eau p
et i
tn Mais, la gueule
t
e
i
e
p
i
o
s'asphyxiant, ravivap
en elle l'énergie
du désespoir et
donna
e
o
p
i
C
o
C
coups violents.
pèreorelâcha, donnant
du mou,
C Mon C
e
op des
e
t
e
i
jusqu'à
ce que vaincu,
à la mort.
el'énorme bête s'abandonnât
it
d
itpère
t
e
d
i
y
y
r
d
t
J'aidai
à
le
hisser
par-dessus
bord,
me
cramponnant,
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
i
t
je e
pus, à la nageoire
rapidement,
il
ndorsale. Puis
i
n
t
e
tnt comme
i
i
tn d'une corde épaisse
l'entoura
ce qui nous permit de le hisser
e
i
p
i
e
p
i
o
p Essoufflé,
par-dessus le plat-bord.
je regardai père
qui
e
o
p
i
C
o
C
o
C
bruyamment
après
cet effort, laepoitrine se
op respirait
C
e
t
e
t
soulevant,
mais les yeux
emplis de joie etd
deifierté.
e
t
i
i
t
e
d
isuggéra-t-il. er
yAllez, rentrons,
t
y
r
—d
d
r
n
e
t
r
e sortit detesa poche un couteau
t rien dire. e i
sans
nqu'il me tendit
i
n
tnt IlChacun
i
i
nconnaissait lesigestes
à accomplir.
Lui reprit la barre
e
i
p
e
p
i

p que o
e
virant vers le port,
pendant
je m'agenouillai
m'apprêtant
o
p
i
C
o
C qui s’étalait
l'espadon
sur toute laelongueur due C
op découper
C
e
iettglissai la lame
e
t
bateau.
J'enfonçai letcouteau
dans le ventre
it
d
i
e
d
i
y
r
d
t
r
tout le long, déchirant
la peau. Je e
vidai, par l'ouverture,
les
d
r
n
e
t
e
tpour le plus e i
erd'un geste, je jetai
npar-dessusibord
que
i
n
t
tnt entrailles
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
14
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d de ntye
i des mouettes e
rtournoyaient
quiy
au-dessus
iyt grand plaisir
y
y
r
d
d
e
t
r
r
i
nous.eLeurs cris stridents
en attiraient d'autres
t qui, venus
n
i
n
t
e
te
t
t
i
i
partager
le
festin,
se
battaient
entre
elles,
réclamant
le
tdécoupe, quand jepsentis p
itn
ieJe continuaiima
e
moindre
morceau.
p
e
o
p
i ma lameCcogner
Co
o quelque o
p
chose de dur. Jeeredonnai quelques C
o
Cde sentir un iobstacle
e
t se confirma.
t
coups et la sensation
e
i
e
d
t
d enfoncer tye
i le poisson e
iyt Intrigué,rjedytaillai
de r
manière à pouvoir
r
d
e
t
r
mes e
doigts. Effectivement,
je sentis un t
morceau de métal in
n
e
i
n
t
t
i retirer qu'enptirant
ite
accroché aux chairs
que je ne pus
tn
e
i
i
e
i pièce qui C
o dans le op
fortement. J'observai
tenait
p cetteoétrange
e
p
i
o
creux deCma main enC
me demandant comment
ce poisson C
e
op
t
e pu l'ingurgiter.
i une volute idete
avait
Elle représentait
métal
e
t
d
i
t
d
i
r
y
y
ye
d accrochéràdyun demi-cercle, tfaitede la même e
matière.
Père qui
t
r
r
n
e regardait
les yeuxtfixes, se laissant i
e alors vers tl'horizon,
n
i
n
t
tnt
ite
caresser par le vent,
remarqua montiimmobilité. Il détourna
tn
e
i
p
i
e
o de op
pma main.oJepluiimontrai alors leCmorceau
son regard vers
e
i
o
C
métal. IlC
eut une petiteC
moue dédaigneusee
:
op
e
t
e
i
Une pièce de
bateau cassée sansd
doute. Pas faite chez
e
it nous te
it—
t
d
i
y
y
r
d
en
tout
cas.
Peut-être
de
chez
les
malfaisants.
n
er
te
rdlesy yeux versin
er Je tbaissai
la pièce que jen
luittendais. Bien que i
e
t
tn
i pourtantptroubla
ie
tn
ne doutant pas deises
paroles, une incertitude
e
i
e
p
isur l'objet. Co
p les doigts
mon cœur. o
Je refermai
e
o
p
i
C
o
— Je laC
garde, je lui trouverai
bien une utilité,
e dis-je tcomme
op
C
e
t
e
i
pour me justifier
avec empressement.
e
t
i
d
i
t
e
d
i ma poche. er
dy Et je la mis
t
y
r
dans
d
r
n
e
t
r
e — tBien
i
t pour me rassurer
comme
e sûr, répondit-ilisimplement,
n
n
e
tnt
i
i
de garder une pièce
einutile. ie
in
p
i
p
o
p
e
Dès que j'eus
fini
de
découper
l'espadon
et
mis
les
morceaux
o
p
i
C
o
oà l'avant dutbateau,
dans unC
sac, je me réfugiai
sans C
e admirant
op
C
e
e
i
t
e objet qui rm’intriguait.
lasser cet t
étrange
Il ne i
possédait
d
itme
e
d
i
y
d
r
rien de particulier
et ne semblait
pas être entier.
Je cherchai nt
d
e
r
e
t
e sontutilité,
t arrivâmes àela i
er la retournantinen tout sensietnnous
tnt
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
15
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d qui
i aperçoive. Ceefut
y
ye
r un ordreedey
crique
jeym'en
père
iyt sans querd
t
r
d
n
t
r sortittdeema contemplationin
i
:
t
n
e
t e me
t
t
i
i
— Affale
la
voile,
mon
fils.
t
itn
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
i
e
it
e
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
e
n
i
n
t
e
te
t
i
i
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
d
i
r
y
ye
dy
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
i
e
t
e
n
i
n
t
e
tnt
t
t
i
i
t
itn
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
y
r
d
t
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
e
d
i
r
dy
t
y
r
d
e
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
in
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
r
d
t
r
d
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
16
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
i
y
ye
r
iyt
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r
i
t
e
n
i
n
t
e
te
t
t
i
i
t
itn
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
i
e
it
e
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
e
n
i
n
t
e
te
t
i
i
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
d
i
r
y
ye
dy
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
i
e
t
e
n
i
n
t
e
tnt
t
t
i
i
t
itn
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
y
r
d
t
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
tn
e
i
p
i
e
i
o
p une volutepde métal accrochéCà un demi-Cop
Elle représentait
e
i
o
o
C
cercle, fait
de la mêmeC
matière.
e
op
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
e
d
i
r
dy
t
y
r
d
e
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
in
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
r
d
t
r
d
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
17
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
i
y
ye
r
iyt
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r remistlaepièce dans ma poche
i
promptement
aux
t
n etparobéis
i
n
e
t e Jeordres
t
t
i
i
de
père.
Pendant
ce
temps,
de
grandes
enjambées
tet reprit les pagaies.p
e du bateau
itn il s'installapauimilieu
e
p
i
de
marin,
o
e
o
p
i
C
o
C
otoile à la bôme,
temps d'attacher
nous nous
C la lourde
e
op Le
C
e
t
i
échouâmes
la grève
dans un crissement
de galets
ede bois.
isurt
e parsurla yproue
d le bateau
t
t
d
i
y
ye
r
i
repoussés
Nous
hissâmes
t
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r cailloux.
Puis, je pris les n
lignes et père le t
lourd sac du
e
i
n
t
e
t e les
t
i
poisson
le sentier tortueux qui i
tnpêché et nousiparcourûmes
e
i
p
e
p
i
o
menait
au
village.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
s'empressa,
de vérifier
le contenu
C en nous accueillant,
eAussitôt,
op Mère
C
e
t
e
i
t
du sac
et
de
s'extasier
sur
la
quantité
ramenée.
elle
e
t
i
d
i
t
d un
isur des claies pour
rle faire sécher
y
ye
dy les tranches
disposa
sous
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
e
t et du te i
Une
dans du vinaigre
e autre partie futtimarinée
n
n
t
tnt appentis.
i
i
jus de
tncitron.
t
e
i
p
i
e
p
i
o
p me rendre
Quand il pleuvait, j'aimais
sous l'appentis, entendre
e
o
p
i
C
o
o la terretouele bois. Souse C
goutter sur
Cle sol, faisantCchanter
op l'eau
e
i pour élargiritla
les gouttières,
j'installais
une écuelle retournée
e
t
d
i
t
e
d
i
y
y
r
d Puis,rassis
t
gamme.
ou bien en jouant,
je humais avec
délice,
y
r
e
d
r
n
e
t
e
t l'humidité e i
et de la mousse
que
ede l'odeur du boisin
n
t
tnt m'enivrant
i
i
tn Je m'y installaiiedonc sur uneibûche,
exhalait.
admirant l'objet
i
p
e
p
o
p de l'espadon.
découvert dans leoventre
Auparavant, je
l'avais
e
o
p
i
C
C
o
à maCmère qui C
à sa vue, haussaeles épaules
op montré
e
e
it
t
d'indifférence.
e
t
i
d
i
t
e
i fonction possible,
r je décidai
dylui trouvantrdaucune
t
y
r
Ne
dedm'en
e
r
n
e
t
e un pendentif
i
e et je l'accrochai
n à mon cou.int
i
t
e
tnt faire
i
n matin, comme
Le lendemain
je pris le chemin de
e d'habitude,
i
p
i
e
p
i
o
p
e
l'école, après avoir
trait
les
chèvres
et
bu
de
leur
lait
et
mangé
o
p
i
C
o
C
o
tranche deC
pain.
e
op une
C
e
t
e
i
ela chèvre malicieuse
t je pus traire
Ce matin,
sans problème,
it
d
i
t
e
d
i
y
r
d
t
mais une fois ledtravail terminé, d'un
coup de patterdiscret,
e
r
n
e
t
e
t mais je ne e i
elerseau de lait. Jein
maugréai aprèsn
elle,
t
tnt elle irenversa
i
i
n
e
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
18
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d à rien et ntye
ipuisque d'une part
y
rcela n'auraiteservi
iyt la tapairpas,
y
y
r
e
d
d
t
r
i
d'autre
je respectaisn
son caractère de cochon.
t
epart,mes
i
n
t
e
te
t
t
i
i
Je
racontai
aventures
matinales
à
mon
copain
Gallec
que
t à l'école. p
itn
iele chemin menant
e
p
i
j'avais
rencontré
sur
o
p
e
o
p
i
C
o
o caractère,
— Je neC
sais si elle a mauvais
s'esclaffa-t-il après C
e
op
C
eune
t
i
t
avoir écouté mon
histoire, moi je d
dirais plutôt que ic'est
e
e
t
d
ye
r
iyt farceuse.rdyi
t
r
e
d
n
e
t
r
Nousediscutâmes ensuite
d'autres chosestet j'en vins à lui i
n
i
n
t
te
ite
montrer ma découverte
de la veille. i
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
— Tu devraisp
la montrer au
magicien-village,
suggéra-t-il,
e
o
p
i
C
o
C
o
peut-êtreC
saura-t-il quelque
chose.
e d'entrée,tceequi
op
C
t
e
i
Celui-ci
attendait
tous
les
enfants
à
la
porte
e
t
i pas tye
d
isignifiait que
t
d
i
r
y
y
d
l'heure
des
études
avait
sonné.
Je
n'eus
r
y
d
ede montrer mon
ependentif. Il le in
t
r
er besoin
t
en
franchissant le
seuil
e
n
t
i
n
t
tn
i Et curieux pcomme
ite
remarqua aussitôtie
et t
se pencha intrigué.
tn
t
i
e
p
i:
o
p il me demanda
tous les magiciens,
e
o
p
i
C
o
C
— Que C
portes-tu là ? Co
e
op
e
t
e
i
lui expliquaitmon
end
mer et la manière
e après-midi y
itdont je te
itJele découvris.
d
i
y
r
d
n
er
te?
rdy que je leitouche
er — tPermets-tu
i
t
e
n
t
n
e
tn
i tendis. Il le prit
idans
tn
J'acquiesçai, retirai
le pendentif et lui
e
i
p
i
e
opour les op
p et ridés parpil'âge. Le toucher,
ses doigts o
fins
e
i
C
o
C
magiciens,
constituait,C
de tous les sens, leeplus important. Ils C
op
e
e le passé
it
t
devinaient
des êtres qu'ils
touchaient
et pouvaient
e
t
i
d
i
t
d dans les nte
rchoses. Sans
dy découvrirrdy
r
le isens profond des
lire
e
r
e
t
e pensées,
la personnaliténettl'histoire jusqu'au i
e ils percevaientin
t
tnt
i Aussi, parp
iede
n
plus lointain des i
ancêtres
d'un être
vivant.
voix
e
i
e
i sauf les proches
o ou les op
p
e
conséquence,
personne ne sep
touchait,
i
C
o
C
o résultait
intimes.C Toucher C
quelqu'un
e d'une tgrande
op
e
t
e
i
e
i
dsur le métal.rd
itincorrection.
t
e
i
y
r
d
Il refermad
ses doigts un peu noueux
Il fronça ses nt
e
r
e
t
r et des rides
e blancs
i
t :
esourcils
ncreusèrent isonnfront
i
t
e
tnt
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
19
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
tComme c'estdyétrange,
d
i dit-il, jeeney
ye
rsens rien e
—iy
de y
concret,
t
r
d
n
t
r
r
cet objet
Très
tdu fond des te i
esais està quiancien.
nancienni àmême,
i
n
t
t e mais
t
i
âges.it
Je
ne
il
a
appartenu,
quoi
il
a pu servir, i
n
t
e
p
i
e
p
i
mais je ressens uneptristesse dans
cet objet. Une tristesse
o
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op éternelle.
C
e
t
i
Il mee
redonna d'un geste
de métal en le tenant
elent le morceaurd
it
t
t
d
i
y
ye
i
par
le fil.
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r Tu l'aimes
t
bien cet objet, n'est-ce
pas ? Continua-t-il.
e
n
i
n
t
e
te —
t
i
— Oui,
s'il pouvait lire i
tn c'est vrai, avouai-je
e inquiet icomme
i
p
i
e
p
o
mes
pensées.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
Je crois que
quelque chosee
en cet objet,
C tu as ressenti
op —
C
t
e
i
même
si
ceci
est
indicible.
Garde-le,
j'ai
l'impression
queit
lee
e
t
d
i
t
d
i est lié à toi maintenant.
r
y
ye
dy de ce médaillon
destin
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
i
e peu troublé,
autour detmon cou et
e je remis letipendentif
n
n
t
e
tnt Un
t
i
i
l'enfouis
plein
tle regarda, o
itn dans mapchemise.
p
ie Gallec
e
p
i
d'incompréhension.
e
o
p
i
C
o
C
o à la maison,
la matinée
je rapportai
C d'école, deCretour
e
op Après
e
t
e
i
les paroles
magicien
Ma mère s'inquiéta,
e à mes parents.y
it
d
it à undumauvais
t
e
d
i
y
r
d
t
croyant
présage
:
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e Pourvute
i
t
que ce ne soit pas i
unn
objet de malheur.
n
e
tnt —
i
i
tnde malheur, mais
— Pas
de tristesse, rectifia père, un peu
e
i
p
i
e
p
i
o
p excessivepde son épouse, C
agacé par la superstition
et ça ne
e
o
i
o
C
o
C fils, mais cetCobjet.
pas ton
e
op concerne
e
t
e
i
t
— Oui,
mais
de
quel
destin
parle-t-il
?
Insista-t-elle.
e
t
i
d
i
t
e
d
i répondit-il. er
ySeul l'avenir d
t
r
—d
leydira,
r
n
e
t
r
e Tu devrais
t rassurée. e i
ma mère, pas du
tout
e le jeter, suggérain
n
t
tnt —
i
i
n importance.ieQu'il le jetteie
— Aucune
ou non, on n’échappe
i
p
p
o
p oublieocette
e
pas à son destin.o
Allons,
histoire, le magicieno
p
i
C
C
n'a rienC
dit de terrible,C
répliqua mon père.
e
op village
e
t
e
i
t
e de mon rpère
t toutes les itentatives
Malgré
pour rassurerisa
d
i
t
e
d
y
d
t
r
femme, la conversation
dura toutee
la soirée et à travers
les
d
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
20
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
dj'entendis ntye
iqui isolaient maechambre
y
r de laepièce,
iyt épais rideaux
y
y
r
d
d
t
r
r
i
mes parents
discuter jusque
latnuit.
e enaprès
n alorstardquedans
i
n
t
e
te
t
t
i
i
Le
lendemain,
l'école,
j'aidais
père
à
ranger
du
t
itn
p se op
iecoupé sousiel'appentis,
bois
fraîchement
un homme
o
p
e
p
i
C du sud C
présenta.CIlo
avait le type o
d'un étranger, apparemment
e
op
C
eavec
t
i
t
du pays. Nousel'observâmes s'approcher
un peu
i
e
d
t
i il nous rassuraeaussitôt
ye
r : erd
iyt méfiance,rd
mais
t
y
d
n
t
r
— Bonjour,
monsieur, dit-il
en s'inclinanttlégèrement devant i
e
n
i
nJe suis collecteuriteteje
t
te
i
mon père comme laecoutume l'exigeait.
tn
i
p
in'avez rien à troquer.
e
p
i
o
viens
voir
si
vous
p
e
o
p
i
C
o
C
o
Père jetaCun œil à la C
charrette que son e
âne tirait, pleine de
op
epas
t
e
i
t
peau
d'ours
des
bois
et
autres
bêtes
que
nous
ne trouvions
e
t
i
d
i
t
dtout neufs ntye
i
ret des récipients
y
dy au nord.rAu-dessus,
des outils
r
y
d
e
r
e
t
e étincelaient
se frotta letmenton avant de i
e au soleil.tiPère
n
t
tnt
in
ite
prendre la parole i: e
tn
t
i
p
e
p
o
— Et que vautp
le marteau quep
jeivois là ?
e
o
i
C
o
C
o et tendaittele bras, désignant
Il s'approcha
C de la charrette
op
C
e
e
i
e
it
d
itl'objet.
t
e
d
i
y
y
r
d
t

Trois
kilos
de
poissons
ou
deux
kilos
de
laine,
répondit
le
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e collecteur.
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
tn
— Non, le troc n'est
pas correct, merci monsieur et aup
revoir.
e
i
i
e
i
o
p
Le collecteur
comprit qu'il ne
devait pas insister
et repartit, op
e
p
i
C
o
o
donnantC
un léger coupC
de baguette sur sone
âne. J'attendis qu'il C
op
e
t
e au-delàtedu chemin moussu,dderrière
i quelques
t
disparût
haies,
t
i
i
e
d
i
y
r
d
t
y
r
avant
de
parler
à
père
:
d
e
r
n
e
t
r
e — tSietu ne troques rien,
i
t allons-nous faire
n père, comment
i
n
e
tnt
i
i
cette année pour avoir
e ce qui nousiemanque ? op
in
i
p
e
Il posa soigneusement
les bûches
qu'il portait dans
les bras et op
p
i
C
o
C
o:
C avant de répondre
se redressa
e
op
C
e
t
e
i
e irons nous-mêmes
Cette année,tnous
au marché de
itla ville te
d
it—
d
i
y
r
d
les malfaisants.
n
er
te avec dégoût.
retdtroquer avecin
er frontière
i
t
e
—t
Les
malfaisants ?! M'écriai-je
t
n
tn
i
ie
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
21
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
tOui, il paraîtdyique le troc aveceeux
dplus
y
ye
r est beaucoup
—iy
t
y
r
d
n
e
t
r
r
i
ce qui compense l'effort
t
e
n du voyage.
i
n
t
e
t e avantageux,
t
t
i
i
— Tu
n'as
pas
peur
?
itn de quoi ?pLesiecollecteurs ileetfont, ainsi queolesp
p

Peur
e
o
p
i
C
o
C
de là-bas.
C Et puis, jeCneoserai pas seul.
e
op fermiers
e
t
i
t
— Tu
avec qui
Demandai-je d
intrigué, curieux ide
eà ?effectuer
equiy vas
t
t
d
i
y
ye
r
i
savoir
se risquerait
un
tel
voyage.
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r J'irai avec
t
toi, dit-il le sourire
aux lèvres.
e
n
i
n
t
e
te —
t
i
— Avec
? M’exclamai- i
tn moi ! Mais mère
esera-t-elle id’accord
i
p
i
e
p
o
je.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
Le marchéC
de la doubleC
lune se passe après
dernière
e tabientôt
op —
e
t
e
i
t
journée
de
classe
et
tu
auras
douze
ans.
Tu
es
donc
un
e
t
i
d
i
t
i pas besoin edey
r l'avis deetardmère.
ye
dy Tu rn'auras
homme.
t
y
d
r
n
t
i
e
t
je préfère la préparer.
elaisse-moi en parler,
n
i
n
t
e
tnt Cependant,
t
t
i
i
— Mais
sais si je i
suis
d’accord, dis-je
thésitant. op
ed'accord.
itnjebiennesûr
e
p
i
p

Mais
que
tu
es
e
o
p
i
C
o
C
Comment peux-tu
C le savoirC?o
e
op —
e
t
e
i
— Parce
que quand t
jee
t'ai dit que tu viendrais,
tu as demandé
it
d
it était
e
d
i
y
y
r
d
t
si
mère
d'accord,
c'est
donc
que
tu
l'es,
dit-il
en
souriant,
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e tu aurais
i
t
e tout de suite ditinnon.
n
t
e
tnt sinon
i
i
n
Je neit
pus répondre. Il avait
compris ce que je ressentais sans
e
p
i
e
p
i
o
p
que je le sus moi-même.
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
e
d
i
r
dy
t
y
r
d
e
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
in
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
r
d
t
r
d
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
22
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
i
y
ye
r
iyt
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r
i
t
e
n
i
n
t
e
te
t
t
i
i
t voyage p
itn Chapitre
ie 2: Le grand
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o de convaincre
e son épouse,
Si père C
d'un côté, se chargeait
je
op
C
e
t
i
it
em'empressai,yidutemien, de me confesser
d auprèsrdudmagicient
y
ye
r
i
t
d
e
village.
d
n
e
t
r
r
t Tu as raisontede i
e père est courageux
n et tu tiensidenlui.
—t
Ton
i
te
i
tn
e lui, grandes
i
p
vouloir aller avec
seront tes découvertes.
i
e
p
i
o
p
e
o
p
i
Cependant,o
il est vrai que o
le voyage
n'est pas sans
danger.
C
C
e y aller, protestaiop
—e
MaisC
je ne vous ai C
pas dit que je voulais
e
t
i
t
e
t
i
d
i
je.
t
d la figure ntye
ic'est inutile, celaesey
r voit grosecomme
dy — Oui,rmais
r
y
d
r
t
i
e quete
n en riantindet toutes ses dents
i
tu veux y aller,
dit-il
e
tnt
t
t
i
t
itn
p
ie
blanches.
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C

Quels
sont
les
dangers
?
Demandai-je.
o
C
o rencontrertdes
C Vous pouvez
e ours ou td'autres
op
C
—e
Multiples.
e
i
e à moins que
ijoue des te
d
itanimaux dangereux,
t
la nature vous
d
i
y
y
r
d
r
e
dy
n
e
t
r
er tours.
i
t
e
n
t
i
n
t

Connaissez-vous
la
ville
frontière
?
tn
iville où Marguiranes
ieet
tn
e
i
p
i
— Oui, j'y suis allé.
C'est une grande
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
Eriugrams
se
croisent.
C
o
C
e
op
C
—e
Eriugrams ?
e
t
i
t
e
t
i
d
i
t

Oui,
le
vrai
nom
des
malfaisants.
e
i les appelle-t-on
rainsi ? erd
dy — Maisrpourquoi
t
y
d
e
r
n
t
e Le tvieux
i
t
e magicien levailesnbras en signe
n
d'ignorance. ie
tnt
i
in
pélèves p
eclasse où les autres
Je le remerciai
etie
entrai dans la
i
o
p
e
p
i
C
attendaient,oassis à leurotable. L'idée de rencontrer
des Co
p
C
e
o
C mais aussi, m'excitait.
e
t
malfaisants
me répugnait,
Des histoires
e
i
t
e
t
i
d
i
ou
à leur propos
d dans le te
itrépugnantes circulaient
relles étaient
dy terrifiantes
r
d
e
r
e
pays,
sans
que
jamais
je
sache
si
fondées
ou non. in
t
r
e
t
e
n
t
i
n
t
tn
i
ie
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
23
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
i ma mère s'avéraient
y
ye
r difficiles
Les
avec
etdpère
iytdiscussions
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r
à laeconvaincre. La crainte
vers
t l'inconnu, te i
n de partir
i
n
t
t e peinait
t
i
maisit
aussi
de
rester
seule
longtemps,
l'angoissait.
Malgré i
n
t
e
p
i
e
p
i
cela, elle préparait chaque
jour notre
départ. Nous allionso
à la
p
e
o
p
i
C
o
oles peaux tdeebête. Nouse C
en forêt
C pour vendre
op chasse
C
i séchionsitle
préparions
des conserves
de légumes,dnous
e
e
t
t
d
i
y
ye
r
i ou desrd
poisson
fruits
pour préparere
la nourriture durvoyage.
t
y
d
n
e
t
i
r
à petit,
maman se fît à n
cette idée et s'ytrésigna plus
e
i
n
t
e
t e Petit
t
i
i
qu'elle
tnne se fit convaincre.
e arriva.ie
i
p
i
p
o
Enfin,
le
dernier
jour
d'école
Comme
tous
les
ans,
p
e
o
p
i
C
o
C
o
père à cette
m'offrait un cadeau.
Il me tendit
C occasion, C
ejours
op mon
e
t
e
i
t
un petit
bateau
qu'il
avait
sculpté
un
peu
tous
les
devant
e
t
i
d
i
t
d
i
r
y
y
ye
lad
cheminée : d
t
r
y
e
r
n
e
t
r
e Tiens,tvoici
tjouer sur la te i
lequel tu pourras
e un bateau avec
n
i
n
tnt —
t
i
i
rivière,
tnpuisque tu aimesiebien y aller. iet
i
p
p
p de ce présent,
Je l'embrassai, heureux
puis il continuaC
: o
e
o
p
i
o
o puisquetceedernier joure C
C'est le dernier
je t'offre
C jeu que C
op —
e
iAussi, je vaisitte
d'école
marque ton t
passage
à l'âge adulte.
e
t
d
i
e
d
i
y
y
r
d ton premier
t
faire
cadeau d'homme. e
y
r
d
r
n
e
t
r
e
t alors de sa e i
par
ecette surprise, jeinle regardai isortir
n
t
tnt Intrigué
i
tnun gros couteau.ieJe n'en croyais
besace,
pas mes yeux. J'étais
i
p
e
i
o
p et ce pprésent le validait.CJe pris Cop
reconnu homme o
maintenant
e
i
leC
couteau qu'ilC
meotendait. Fier de
ece nouveaute
op fébrilement
t
e
i
statut,
e le bateau.rJedpris père dansdmes
tje dédaignaiipresque
i
ipour
t
e
y
d
t
y
r
bras
le
remercier,
puis
j'embrassai
maman.
d
e
r
n
e
t
r
e Moi aussi
i
t
ej'ai un présent pour
ntoi, dit-elleidoucement.
i
n
t
e
tnt —
i
Je lain
regardai, surpris, ime
si joie supplémentaire
e demandantie
py
p
o
p
e
pouvait être possible.
Elle
m'offrit
un
étui
en
cuir
pour
o
p
i
C
o
C
o
C
mon couteau.
e
op ranger
C
e
t
e
i
tmerci mamanit! e
— Oh
M’écriai-je au comble
de la joie. it
d
i
e
dpuis
y
r
d
t
r
Aussitôt, je vérifiai
que la lame logeait
bien dans l'étui,
d
e
r
n
e
t
e
t bombant la e i
edansr la ceinture. iJenfis quelquesin
pas,
t
tnt je l'enfilai
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
24
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
dde me voir ntye
i devant meseparents
y
r qui riaient
iyt poitrinerfièrement
y
y
r
d
d
e
t
r
heureux.
ensuite
le couteau letbrandissant de la i
e laJeplusretirai
npossible
i
t
te
t
ite
manière
menaçante
: in
tn
t
e
i
p
i
e
i pas intérêt àCseomettre sur op
— Les ours dep
la forêt du sud
n'ont
e
p
i
o
C
o
notre chemin
C !
e
op
C
e
t
i
Je crois en effet
d'entred
eux ne se risquera
e qu'aucun
ità nous tye
e—
t
t
d
i
y
r
i
approcher,d
répondit
sérieusement
mon
père.
y
r
ede ce passage
d Le soir
e
t
r
r
t
même,
pour
l'occasion
à l'âge adulte, in
e
n
e
i
n
t
t
i vaisselle et l'orna
itede
mère installa sur la
table sa plus belle
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
fleurs.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
— Aujourd'hui,
boire du vin comme
C tu pourras
e moi, annonça
op
C
e
t
e
i
t
père.
e
t
i
d
i
t
d
ile geste à la parole,
ril me remplit
y
ye
dy En joignant
ma timbale.
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
i
e J'interrogeai
t par un sourire.
qui me répondit
e maman dutiregard
n
n
t
e
tnt
t
i
i
Je portai à mes lèvres
la timbale ettavalai une petite p
gorgée.
itn
iej'exprimai
e
p
i
o
p
Mais
à
peine
avalée,
mon
dégoût
par
une
grimace.
e
o
p
i
C
o
C
Je reposai
Cle vin sous leCrireode mes parents.
e
op
e
t
e
i
Allons, tu n'es
boire,
s'esclaffa-t-il.it
epas obligé d'eny
d
it—
t
e
d
i
y
r
d
t

Je
crois
que
je
vais
attendre,
dis-je.
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e Pourtele dessert, ma mère
tune tarte avec eles i
n avait préparé
i
n
tnt
i
i air
tn
fruits que je lui avais
cueillis. Mon père prit la parolep
d'un
e
i
i
e
p
i
o
p qu'elle découpait
sentencieuxo
pendant
le gâteau.C
e
o
p
i
C
o
— Bien,Cle marché deCla double lune ae
lieu dans quelques
op
e
t
e
i
jours. Il nous faut
une semaine de marche
pour alleriàtla ville
e
t
d
i
t
d en nte
r supplémentaires
dy frontière.rdy
r
Jei prends trois e
journées
r
e
t
e prévention
t
partirons
donc dans i
e de problèmesinéventuels. Nous
n
t
tnt
i
ie
n
deux jours.
e
i
p
i
e
p
i
o :
p
e
Il marqua une
pause et repritp
à l'attention
de sonC
épouse
o
i
o
o près de ttrois
— NousCserons donc C
absents
Aussi C
e semaines.te
op
e
i
e que tu ne manques
tout prévu t
pour
de rien. J'ai i
coupé du
d
itj'ai
e
d
i
y
r
d
r
bois plus d
qu'il n'en faut. J'ai e
suffisamment pêché
ou chassé nt
r
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
25
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
ipas en peine etepour
y
ye
r soulageretay
pour
solitude
iyt que tu nersois
t
y
r
d
d
n
t
r pour t'aider,
demandé à n
Gallec de venir tous
t les jours. te i
epèrej'aibouche
i
n
t
t e ou
t
i
Je regardai
bée.
La
surprise
était
totale. Même i
n
t
t
e
i
p
i
e
p
i
Gallec ne m'avait jamais
dévoilép
cette attention. En même
o
p
e
o
i
C
o
C
ofierté à l'égard
je ressentais
de père pour
C une grande
e
op temps,
C
e
t
i
avoire
tout fait pour soulager
son épouse.d
Celle-ci le remercia
egratitude.
it
t
t
d
i
y
ye
r
i
d'un
pudique sourire
de
Puis
il
posa
un
parchemin
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r la tablete:
t
n
i
n
e
t e sur
t
i
i
— Voici
allons faire.
tn le trajet que nous
e
i
p
i
e
p
i
o
Nous
regardâmes
alors,
et
nous
vîmes
une
carte
sur
laquelle
p
e
o
p
i
C
o
C
o
chemins etCles villages, C
jusqu'à la ville frontière,
e étaientte
op les
t
e
i
dessinés.
e
i
d
itas-tu eu cette
t
d
i
r
y
y
ye
d


carte
?
Demanda
mère.
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
i
e J'ai revu
qu'il ne quitte le t
village. Il me
ele collecteur avant
n
i
n
t
e
tnt —
t
t
i
i
l'a proposée.
tn
t
imère
p
ie pas de tant
e
p
i
p
Ma
n'en
revenait
de sagesseCetode
e
o
p
i
o
C
o
deC
la part de sonC
mari.
e
op précautions
e
t
e
i
— Si
veux, continua-t-il,
une reproduction.
e je t'en ferai
it
d
ittuchaque
t
e
d
i
y
y
r
d
t
Ainsi,
jour,
tu
pourras
deviner
notre
progression,
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
i
t
chaque
e étape est notée.in
n
t
e
tnt puisque
i
i
tn du départ arriva
Le jour
enfin. La charrette prête depuis
e
i
p
i
e
p
i
o
pqu'à être attelée.
longtemps n'avaito
plus
Gallec, comme
prévu,
e
o
p
i
C
C
o
C bon voyage
nous souhaiter
et je pus lire dans
e ses yeux,te
op vint
C
t
e
i
un peu
Après
nous prîmes
ede longues embrassades,
i
d les habitants
itd'envie.
t
e
d
i
y
r
d
t
y
r
le
chemin
du
départ.
Dans
le
village,
tous
au
d
e
r
n
e
t
r
e
t derrière e i
dee
notre témérité nous
n regardèrentinpasser
i
t
tnt courant
i
leursin
fenêtres et pour les
plus indiscrets,
dans la rue. Je tirais
e
p
i
e
p
i
o
p heureux
e
les ânes par laobride,
d'être un héros.
Nous
o
p
i
C
o de haiestdeenoisetiers oue C
leC
chemin de terre
bordé
op parcourions
C
e
i si rassuranteitet
e
t
de chênes.
Je contemplais
notre campagne
d
i
t
e
d
i
y
r
d dontrles
t
r
familière
courbes doucement
ondulées s'étendaient
d
e
r
n
e
t
e
tplus sauvage e i
e
n Une nature
lointaines montagnes.
i
n
t
tnt jusqu'aux
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
26
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
y
ye
r de notreeprogression,
la
iyt remplaça,rdyaui fur et à mesure
t
y
r
e
d
n
t
r
i
campagne
Les
remplacèrent
t les champs
eboisapprivoisée.
nauxprairies
i
n
t
e
te
t
t
i
i
et
les
succédèrent
prairies.
Après
deux
ou
trois
t que nous n'avions
itn
p
ieje me rendisiecompte
p
heures
de
marche,
o
p
e
o
p
i
C
o
o accomplissant
prononcé
son départ C
Caucun mot,Cchacun
e
op
e
t
i
t
individuellement.e
Père brisa le silence
:
i
e
d
t
iété aussi loin, mon
ye
rfils ? erd
iyt — As-turdéjà
t
y
d
e
d
n
t
i
r
— Non
père, je ne connais
pas cet endroit.t
e
n
i
n
t
e
te
t
i
— Mon non plus. Nous
ensemble l'inconnu. i
tn
e queabordons
i
p les op
i
e
i
o
Je
regardais,
pendant
nous
marchions,
le
soleil
dont
p
e
i rayons filtrés
C
opar le feuillage
opaéré décoraient
le sol de cercles C
C
e
op
C
e
e Je ne connaissais
it et je meitsentais
clairs.
pas ce d
paysage
e
t
i
t
d
i
r de e
y
ye
dy comme rundyétranger.
Mais lae
présence
père
et la bonne
t
r
r
n
t
i
e odeur
t En silence,
charrette me rassuraient.
edes ânes tirant leur
n
i
n
t
e
tnt
t
t
i
i
les bêtes suivaient
chemin de terre
t qui perçaitolesp bois. p
itn
ielestatut
e
i
p
Malgré
le
nouveau
que
me
laCtradition, je o
e
pqui laconférait
i tendis laCmain
o à mon père
o
p
prit,eaccompagné d'un C
o
C
e
t
e
i
t
sourire empli d'amour.
e
t
i
d
i
t
d demain. nte
i
y
r villageeravant
dy — Nousrn'atteindrons
pas le e
prochain
y
d
r
t
e Cetsoir,
i
t
à la belle étoile,
dit-il.
e nous dormironsin
n
e
tnt
i
tn
Nous marchâmesie
toute la journée, nous accordant p
unibon
i
e
i
o
repos aprèso
lep
manger du midi.
Puis, le soir venant,
il choisit op
e
p
i
C
o
non loinC
du chemin, une
clairière bien herbeuse
pour notre C
e
op
C
e un
t
e et celuitede nos ânes. Non
iloin de là coulait
t
confort
t
i
d
i
dd'un bâton nte
i claire. Je m'eneapprochais,
r
dy ruisseauràdl'eau
y
r
écartant
r
e
t
e lestronces
t dont je neevis i
e et les orties.iÀnma vue, lesipoissons
n
tnt
iabri,
n
qu'un trait d'argent
filèrent dans l'eau
à la recherche d'un
e
i
p
i
e
i
o augure, op
p l'eau o
e
troublant unoinstant
limpide.
Heureux de ce
bon
p
i
C
C vers le campement
je retournai
que père installait
e et y tprisemaC
op
C
t
e
i
eque j'allais à larrivière,
Et pendant
il libéra lesibêtes, fit
d
itligne.
t
d Je revins te
i
y
d
r
du feu et installa
un abri à l'aide
de peaux de bêtes.
d
e
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
t
i
n
t
tn
i
ie
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
27
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
i truites suspendues
y
ye
rà une branche
plus
glissée
iyt tard avecrdeux
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r les ouïes.
i
t
esais pêcher ! S'exclama-t-il.
n
i
n
t
e
t e dans
t
t
i
i
— Mais
tu
t
e
itnsûr, pourquoip?iDemandai-je
p
e
p
i

Bien
innocemment.
o
e
o
p
i
C
o
o souvent àtlaerivière sanse C
Parce qu'àCla maison, tu vas
op —
C
i
jamais
rien ramener. e
ilui-t
e
d
t
t
d
i
y
ye
r
Jei rougis de m'être
un
peu
trahi.
Il
continua,
mais
pour
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
: e
n
i
n
t
e
t e même
t
i
— Je
me demande d'ailleurs
pouvais bien faire à la i
tn
e ce que tuie
i
p
i
p
o
rivière.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
déposai mes
chercher
C poissons Cprès du feu iettallai
e coupa
op Jequelques
e
e
t
feuilles
de
laurier
ou
de
thym.
Père
des
e
t
i
d
i
t
d
rvin. Nous mangeâmes
ye
dy de pain
tranches
etisortit sa cruche e
dey
t
r
y
d
r
n
e
t
r
i
e appétit
de marche avaittaiguisé. Le
e qu'une journéetin
n
t
e
tnt d'un
t
i
i
lendemain,
me régalai
le petit déjeuner
t d'une tranche
itnsur jelaquelle
p
iepour
e
p
i
o
p
de
pain
j'étalai
du
bon
lait
de
chèvre caillé.
Nous
e
o
p
i
C
o
C
la route
donnant le
C à traversClesobois, les iânes
e
op reprîmes
e
t
e
rythme
journée.
nous arrivâmesit
le
ePuis comme prévu,
d
inontdeloinla d'un
t
e
d
i
y
y
r
d
t
soir
village.
Je
ne
le
voyais
pas
encore,
mais
on
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
t et cédèrent e i
eproche. En effet, les
nbois s’éclaircirent
i
n
t
tnt lela devinait
i
tn aux champs etieaux près. Lesiechèvres et les brebis,pi
place
i
p
onous
pétrangers cessaient
intriguées par deux
de paître pour
e
o
p
i
C
o
C
o
C un instant,Cpuis reprirentileur
passer
eoccupation,te
op regarder
t
e
rassurées
notre t
aspect
au détour d'un
e pacifique. rEnfin,
i
d nous
it lespar maisons
e
d
i
y
d
t
y
r
bosquet,
apparurent.
Au
loin,
pouvions
d
e
r
n
e
t
r
e
tmoussus, la e i
esortant des cheminées,
n sur les itoits
i
n
t
tnt apercevoir
i
ns'effilochant dans
fumée
le ciel. Lesemaisons resserrées,
e
i
p
i
p
i
o
p laissaient
e
comme pour se protéger,
entrevoir quelquesC
ruelles
o
p
i
o
o personne tjusqu'à
NousCn'avions aperçu
e présent.te C
op étroites.
C
e
i
edans le village,rdles habitants d
t en pénétrant
Pourtant,
postés
i
i
t
e
i
y
d
t
dans les rues attendaient
notre passage,
curieux de r
voir des
d
e
r
n
e
t
e
t ou bien e i
er nous observaient
n de leursinfenêtres
Certains
i
t
tnt étrangers.
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
28
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d par ce ntye
rmot. Impressionné
iyt du seuilrdedyileur porte sansteuny
y
r
d
e
r
silence
que seules
quelques tpoules par leurs i
e pesant,recouvraient,
n je pris
i
n de mon père.iteAu
t
te
t
imain
gloussements
la
tn
t
e
i
p nous op
i
e
i
bout de la rue,p
posté en son p
milieu,
le magicien-village
o
e
i
C la parole : C
o à sa hauteur,
o mon pèretluieadressa
attendait.
CArrivé
op
C
es'être
i
t
— Est-ce vous lee
magicien-village d
? Demanda-t-il
après
i
e
t
d
i
ye
r
iyt courbé pour
saluer.
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
r
t
Cettee
question de pure n
forme, car tout magicien-village
se i
i
n
t
e
te
t
i
i
reconnaissait à sone
long bâton, masquait peut-être le trouble
tn
i
p
i
e
p
i
o
de
mon
père.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
— En effet,
C répondit-ilCsimplement. ite
op
e
e
t
Dans
ma
grande
naïveté, j'imaginais
tous les magiciense
t
i
d
i
t
d Et ntye
i au nôtre,edébonnaire
r
y
dy village ridentiques
et bedonnant.
r
y
d
r
e
t
e l'aspect
t du nôtre.teIl i
tant il différait
e de celui-ci metidérouta,
n
n
t
tnt
i
i
ressemblait à sonibâton
: grand et maigre.
tn
t
e
i
p
e
i
o des op
— À part lesp
collecteurs, nous
n'avons pas C
l'habitude
e
p
i
o
opardonner tlaecuriosité unepeu C
étrangers,
C aussi veuillez
op
C
e
i
inquisitoriale des
villageois, continua-t-il.
e
t
it
d
i
t
e
d
i
y
y
r
d
t

Nous
sommes
de
passage
et
nous
avons
besoin
d'un toit
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e pourtecette nuit ainsi qu'un
i
t nos deux ânes,
pour
npeu d'avoine
i
n
e
tnt
i
i
tn
demanda père. ie
i
p
e
i
o
ples bienvenuspchez moi. Je vais,
— Vous serez
de ce pas, op
e
i
C
o
C
o
C
vous y mener.
e
op
C
e
t
e par sesteparoles accueillantes,
i nous le suivîmes
t à
Rassuré
t
i
d
i
e
d
i
y
r
d travers les
t
y
rues jusqu'à sa maison
qui se situaitr
à l'opposé, en
d
e
r
n
e
t
r
e bordure
t
au milieu i
e de village. C'était
n une petiteinchaumière
i
t
tnt
iela
n
d'un pré que la ivigne
vierge tentait
d'engloutir et p
dont
e
i
e
i entrâmes C
p les fenêtres.
e
glycine décorait
Nous
paro
une porte op
p
i
o
o pièce au tplafond
C découvrirCune
étroite pour
des C
e bas que
op
e
e
i
e
noircies
par la fumée semblaient
soutenir avec
itpeine, te
d
itpoutres
t
d
i
y
r
d
r Devant le in
elles d
fléchissaient de manière
e inquiétante.
e
t
r
er tant
t
e
n
foyer,
une
table
massive,
flanquée
de
deux
longs bancs,
t
i
n
t
tn
i
ie
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
29
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
y
ye
r nous invita
trônait
dei la pièce. Le magicien
àdnous
iyt au milieu
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r
i
et se
difficilement,
il sortit d'untmeuble bas,
eployant
n
i
n
t
e
t e asseoir
t
t
i
i
une i
bouteille
de
vin,
puis
trois
timbales.
tn l'âge de boireiduevin ? En veux-tu
t ? Me demanda-t-p
e
p
i

As-tu
o
p
e
o
p
i
C
o
C
en posant leC
tout sur la table. o
e
op ilAprès
C
e
t
i
souriait, je répondis
it
eun regardunyfurtif
teà mon pèreequird
t
d
i
y
ye
i
que
je préférais d
lait de chèvre. J'ajoutai
aussitôt que
j'étais
t
r
d
n
e
t
r
r hommetedepuis quatre jours.
t naïve. Il te i
Il rit à cette réponse
n
i
n
t e un
i
m'offrit
proposé le vin à mon père. i
tndonc du lait après
ele avoir
i
p
i
e
p
i
o
Cependant,
il
remarqua
pendentif
que
je
portais
pendant
p
e
o
p
i
C
o
C
o
me servait.
C
e dit-il ente
op qu'il
Craconter votreitpériple,
e
— J'espère
que
vous
allez
me
e
t
dsur moi. rdi
i
t
i
r
y
y
ye
d
se
redressant,
mais
le
regard
toujours
fixé
t
y
d
e
r
n
e
t
r
i
e Noustvenons
plus au nord. Le t
dernier avant
e du villagetlein
n
e
tnt —
t
i
i
le château
répondit
t nous rendonsoaup
itnde laMarguire,
ie père. iNous
e
p
p
marché
double
lune.
e
o
p
i
C
o
opas dans votretevillage ? e C
Le collecteur
Cne vient-il donc
op —
C
e
i et je crois plus
— Si,
mais son trocte
est en notre défaveur
t
it
d
i
e
d
i
y
y
r
d
t
avantageux
de
faire
affaire
moi-même.
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e magicien
t et je me e i
edétourna son regard
n de mon pendentif
i
n
t
tnt Le
i
i
tnplus à l'aise. Il discourait
sentis
avec mon père sans prendre
e
i
p
i
e
p
i
o
p
davantage attention
à moi.
e
o
p
i
C
o
C
o
C
C'est une expérience.
Si elle
est concluante, e
continua père,
op —
C
e
t
e
i
je la irenouvellerai
après
avoir pesé le pour
et le contre. it
e
t
d
t
e
d
i répondit-il e
yVous êtes audacieux,
r
t
y
r
—d
simplement.
d
r
n
e
t
r
e il jetateà nouveau un regardinvers ma poitrine.
i
t
n
e
tnt Puis
i
i
nas un étrange imédaillon,
— Tu
tu l'as
troqué ? Me dit-il
e
i
p
e
p
i
o
p
e
soudain.
o
p
i
C
o
C
o
Non, je l'aiC
trouvé.
e
op —
C
e
t
e
i
t
tlui expliquaiite
Et je
ma découverte. Mais
gêné par i
son
d
i
e
d
y
r
d
t
insistance, je voulus
le dissimuler e
sous ma chemise,rmais il
d
r
n
e
t
r geste. in
e
i
t
emon
n
t
e
tnt interrompit
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
30
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d?
y
ye
r à leetoucher
iliest curieux. M'autorises-tu
iyt — Comme
t
y
y
r
e
d
d
n
t
r
r
i
Je meesouvins ce que notre
avait
tdit à son contact,
ns'ilmagicien
i
n
t
e
te
t
t
i
i
aussi
je
me
demandai
penserait
la
même
chose.
Je
t Il le prit danspla main p
e cou et luiipassai.
itn
imon
e
l’enlevai
donc
de
o
p
e
o
pcontrastaient avecCceux
i dont lesCdoigts
o fins et ridés
o
p
de mon C
e
o
C
e
t sur le médaillon
i
t
père épais et rigides.
Il referma les
doigts
e
i
e
d
t
d Il fronça tye
il'emprisonner eteluirvoler ses secrets.
iyt comme rpour
y
r
d
d
e
t
r
les sourcils
et garda unen
posture immobiletun certain temps, in
e
e
i
n
t
e
t
i
sans prononcer un e
mot. Puis il le libéra
et me le rendit. it
tn
i
p
i
e
— Quel étrange
ilivient du fond des o
âges, je le op
p objet, dit-il,
e
p
i
C
o
o
sens. UnCsecret l'entoure,
mais je ne saurais
dire lequel. La C
e
op
C
e
t
e ne parlete
i
t
matière
pas et ne révèle rien.
t
i
d
i
ddis-je.
i
rla même chose,
ye
dy — Notrermagicien-village
m'ae
dity
t
r
y
d
r
n
e
t
i
e — tN’a-t-il
t s’empressa-t-il
e rien révélétisurn sa forme iétrange,
n
e
tnt
t
i
d'ajouter.
t
e a-t-il uneisignification
itn
p?
iobjet
e
p
o
p

Non
rien.
Cet
pour
vous
e
o
p
i
C
o
o rien révéléteet cette volutee neC
— NonC
aucune. Il ne
m'a
op
C
e
i forme aussiiétrange.
t
représente rienteteje n'ai jamais vud
une
t
i
e
d
i
y
y
r
d
t
Mais
parlons
d'autre
chose,
de
votre
village
par
exemple.
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e Pèretepris alors la iparole
t sembla ese i
magicien
n et le in
tnt
tn
désintéresser soudainement
de l'objet. Ils parlèrent de
lai vie
e
i
p
i
e
i
o
quotidienneo
dup
pêcheur et autre.
Puis vers le soir,
un habitant op
e
p
i
C
o
C
du village,
comme leC
veut la coutume,e
apporta à manger. C
op
t
e soupâmestavec
i d'aller dormir.ite
Nous
le magicien avant
e
t
d
i
e
imatin, nous nouserlevâmes avec lerd
dy Le lendemain
t
y
soleil. Nous
d
r
n
e
t
r
e prîmes
tavant de partir.eLe i
chèvre et du pain
eun bol de lait dein
n
t
tnt
i
i
n
magicien nous accompagna,
de e
sa démarche raide, jusqu'au
e
i
p
i
i
o une op
p puis ilonouspsalua avant de m'adresser
e
bout de la contrée
i
C
o
C
dernièreC
fois la parole C
:
e
op
e
t
e
i
e j'aimerais rt'emmener
À ton retour,
au château
it de te
d
it—
t
d
i
y
d
ersera intéressé in
rdje suis certaininquetele grandnmaître
er Marguire,
t
partceependentif.
t
tn
i
ie
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
31
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
tAu château !dM’exclamai-je.
d
i
y
ye
r
—iy
t
y
y
r
e
d
n
e
t
r
r Oui,tlàe où règnent lesinmagiciens-conseils,
t dans la te i
n
te —
t
i
i
montagne.
n
t
t
e
i
p
i
e
p
i
— Ça alors ! Croyez-vous
pourrai pénétrer en ceo
lieu
p que je p
e
o
i
C
o
C
o
?
C
e
op sacré
C
e
t
i
Il rit e
devant mon excitation
émerveillement.
e et monil n'y
ità
d
t
t
d
i
ye
r
—iy
Bien sûr ! Mais
crois-moi,
a
rien
de
particulier
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
e
n
i
n
t
e
t e l'intérieur.
t
i
Je neit
voulus pas entendre
derniers mots et conservai avec i
n
eses
p
i
e
p
i
o
moi
l'espoir
de
découvrir
ce
grand
lieu
secret
et
mystérieux
p
e
o
p
i
C
o
C
o
personne C
n'a jamais pénétré.
Nous quittâmes
village,
efou led'aller
op que
C
e
t
e
i
t
pèreitraînant
les
ânes
et
moi
traînant
le
rêve
au
e
t
i
d
t
d des
i nous longeâmeselesy
r haies, entourant
ye
dy Lentement,
château.
t
r
y
d
r
n
e
t
r
e
t mosaïque te i
qui
le paysage une
e dessinaient tdans
n
i
n
t
tnt champs,
i
bigarrée
labourées. Au
tn de prés ou de iterres
t loin, à l’ouest,oonpi
e
i
e
p
i
p perdues
devinait les montagnes
dans les nuages.
Nous
e
o
p
i
C
o
C
ole silence que
plusieurs
dans
la découverte
C heuresC
e
op marchâmes
e
t
e
i
de contrées
Le pas de nos ânes
enous imposait.y
it
d
it uneinconnues
t
e
d
i
y
r
d
t
rythmait
marche
lente
et
monotone
que
seuls
les
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
tje portais la e i
ede la charrette égayaient.
n Souvent,
i
n
t
tnt grincements
i
i
nau médaillon dont
mainit
la présence obsessionnelle me
e
p
i
e
p
i
o
p le glisser sous
troublait. Je finisopar
ma chemise. C
J'évitais
e
o
p
i
C
o
C
les interrogations
successives
de tous les
e magiciens-te
op ainsi
C
t
e
i
village
chaque t
étape
une
e me faisait rrencontrer.
i
dbrisa laAprès
itque
e
d
i
y
d
t
y
r
longue
marche
silencieuse,
mon
père
paisible
d
e
r
n
e
t
r
e
tun instant. Il e i
ede cette marche,ipour
n nous reposer
n
t
tnt somnolence
i
i
nla cime d'une icolline,
choisit
dominant
les vastes prairies
e
i
p
e
p
i
osur
pde la mer o
e
élargissant l'horizon
à lapmontagne. Je m'assis
o
i
C
o
C formes arrondies
rocher, aux
et couvertede moussese C
op un
C
tles bêtes. Puisitil
e
i
e
t
épaisses
à la base, pendant
que
père
dételait
d
i
e
d
iettdu fromage qu'il
rprit dans noserréserves.
dyprépara durpain
t
me
d
e
r
n
t
e
t regardions, e i
e de moi et mangea
nà son tour.iNous
près
i
n
t
tnt Il s'assit
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
32
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
dau loin à ntye
i repos, les monts
y
r se détachant
iyt pendantrnotre
y
y
r
e
d
d
e
t
r
l'horizon.
petite bise,
de mer, t
couchait en vagues i
e Unel’herbe
nvenant
i
n
t
te
t
i
itene
ondoyantes
haute
des
prairies.
Aucun
Marguire
tn
t
e
i
p
i
e
itrop loin de la C
s'aventurait vers
mero
source de op
ples montagnes,
e
p
i
o
C
o de restertesilencieux pendant
nourriture.
C Il nous arrivait
op
C
e
i
à contempler
paysage,
non pas chacun
e mais leplutôt
it perdule tye
elongtemps
d
t
t
d
i
y
r
i
dans ses d
pensées,
admirant
simultanément
y
r
e
d panorama
e
t
r
r
t
en
une
même
communion.
Et
nous
n'avions pas in
e
n
e
i
n
t
t
i chose, ensemble.
ite
besoin de parler. Nous
ressentions la même
tn
e
i
p
i
e
i sans fin. Je posai
obeaucoup op
Et puis, tout à p
coup, nous parlions
e
p
i
C
o
o
de questions
à mon père
sur sa jeunesse,
ma mère ou ses C
C
e
op
C
eces
t
e Il aimait
isa jeunesse. iDans
t
parents.
alors se remémorer
e
t
d
i
t
d mes ntye
rde lui et jeeluirconfiais
y
dy momentsrlà,dyije me sentais proche
e
r
t
e secrets,
t heureux tousteles i
nous marchions
e mes craintes.tAlors,
n
i
n
t
tnt
i
i
deux, proches l'unie
de l'autre.
tn
t
i
p
e
p
i
opère.
p dans lesomontagnes,
— Peut-être irai-je
dis-je à C
mon
e
o
p
i
o
C
— Et que
?
Cveux-tu faireCdans les montagnes
e
op
e
t
e
i
Je ne sais pas,
evoir comment c'est.
it
d
it—
t
e
d
i
y
y
r
d
t
C'étaient
des
paroles
en
l'air.
Je
n'y
avais
rien
à
faire,
mais ces
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e masses
ttourmentaient ema i
e sombres au loin,ingrises et austères
n
t
tnt
i
i
tn
curiosité.
e
i
p
i
e
i
o
pconnaît les montagnes,
— Personne
ne
continuai-je,
ni quels op
e
p
i
C
o
C
o
animauxC
ou plantes y trouve-t-on.
e
op
C
e
t
e regarder père,
i les épaules. it
Sans
je sentis qu'il haussa
e
t
d
i
t
d lugubres nte
i
y
r
d — Tellesrd
r
tuyles vois, telles elles
doivent être, grises,
e
r
e
t
e et tfroides
t dit-il d'un e
ton i
e comme le ipays
n des malfaisants,
n
tnt
i
i
monotone.
e
in
p
i
e
p
e
L'amalgameoentre le pays p
desimalfaisants etC
lao
montagne op
i
o faire ressurgir
rétracta C
ma curiosité C
pour
de C
e un sentiment
op
e
t
e
i
el'énonciation rdedce peuple provoquait.
que, seule,
it La te
itdégoût
t
d
i
y
d
r sujets, in
d se détournatealors versted'autres
r
er conversation
e
n
notamment
mon
médaillon.
t
i
n
tn
i
ie
nt
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
33
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
tLes magiciens
isont très intriguésey
ye
rpar cet objet,
—iy
ditdmon
t
y
y
r
d
d
n
e
t
r
r
i
t
e s'il détenaittunin
n
t
e
t e père.
t
i
i
— Oui,
comme
secret.
t Je vois quep
itn que personnepineeconnaît et neieconnaîtra.
p

Mais
o
e
o
p
i
C
o
C
C ta chemise.CLeso examens it'impressionnente
op tuils ?l'as mis sous
e
t
e Comme rs'ilds'agissait dedmon
it
e
t
t
i
ye
—iy
Ils me gênent
plutôt.
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
e
n
i
n
t
e
t e intimité.
t
i
Il neirépondit
acquiesça de la tête. Il me tendit une i
tn rien, maisie
p
e
p
i
o
cruche
de
vin.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
En goûteras-tu
mon fils ?
e
op —
C
e
t
e Cparàlanouveau,
i
t
Je luiit
répondis
négative.
e
i
d
t
d
r
yHa ! Un jour,dy
y
ye
—d
tuiaimeras.
t
r
e
r
n
e
t
r
i
e en débouchant
àtses lèvres. Il
e la cruchetietnporta le goulot
n
t
e
tnt Illa ritrangea
t
i
i
dans sa besace
après avoir bu une
t large rasade.oPuisp
itn
ie
e
p
i
p
d'une
claque
dans
le
dos
de
sa
large
main,
il m’annonça
:
e
o
p
i
C
o
C
osi nous voulons
Allez mon
arriver au
Cfils ! Partons,
e
op —
C
e
t
e
i
prochain
village avant
la nuit.
e
it
d
itreprîmes
t
e
d
i
y
y
r
d
t
Nous
la
route,
entraînés
lentement
par
les
ânes.
Le
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e nouste
t et nous e i
caressait le visage,in
soulevait nos n
cheveux
tnt vent
i
i
tnde ses odeurs imarines
enivrait
qu'il emportait. Mon père les
e
i
p
e
p
i
o
p les yeux
respirait à grandso
poumons,
dans le souvenir
d'une
e
o
p
i
C
C
o
en mer. C
e
op virée
C la plaine aux
e
t
e
i
t
Le petit
chemin
descendait
dans
herbes hautes.
e
t
i
d
i
t
e
dde la
i épars agrémentaient
r le e
dy quelquesrdarbustes
t
y
r
Seuls
relief
e
r
n
t
e
i
De
letsentier sans
etemps en temps, uninlapin traversait
n
t
e
tnt plaine.
i
i
nousin
apercevoir. Nous ilae
parcourions sans
qu'elle nous parût
p
e
p
i
o
p
e
avoir une fin. Puis
tard,
dans
l'après-midi,
la
végétation
se
o
p
i
C
o
oisolés, les arbres
DeC
bosquets d'abord
e devinrentte C
op diversifia.
C
t
e
i
ece que la forêtrremplaçât
t
plus inombreux,
jusqu'à
les herbes.
d
t
e
di
i
y
d
t
Contrairement àd
mon père, je me trouvais
dans mon r
élément.
e
r
n
e
t
r
e
i
n
nous eûmes franchi
l'orée, l'odeur n
de t
cette douce et
i
e
tnt Et dèsinquete
i
i
e
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
34
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
dde lichens ntye
i chargée d'humidité,
y
r de senteurs
iyt lourde atmosphère,
y
y
r
e
d
d
e
t
r
r
et deechampignons, den
feuilles ou de t
mousse, emplit de i
i
n
t
te
t
i
ite
bonheur
mes
sens
olfactifs.
tn
t
e
i
p
i
e
i les arbres dont
Nous nous enfonçâmes
entre
ola taille op
p
e
p
i
C
o
grossissait
mesure de notre
progression. Les C
C au fur et Cà o
e
op
e
t
i
t
branches s'enchevêtraient
rendant d
pénible toute exploration
e
i
e
t
d
isentier.
ye
r
iyt en dehorsrd
du
t
y
r
e
d
n
e
t
r
t que cellestede i
— Cette
forêt est ancienne,
dis-je, plus ancienne
e
n
i
n
t
te
i
i
notre pays.
tn
e difficilement
i
p
i
e
i
o
La
lumière
pénétrait
l'exubérant
feuillage,
et op
p
e
p
i
C
o
C
o
nous marchions
maintenant
dans la pénombre.
C
e
op
C
e
t
i le pas. it
—e
Le soir approche,
affirma père. Pressons
e
t
d
i
t
i
r
y
y
ye
d Dans cette
profonde forêt, lae
taille des arbres r
etd
l'imposante
t
y
d
r
n
e
t
r
e frondaison
t étrange. te
en nous un sentiment
Pas i
e provoquaient
n
i
n
t
tnt
t
i
i
un piaillement d'oiseau
ni un bruissement
de feuilles
t
itn
p pas,ne p
ie silence
e
i
o
p
troublaient
le
lourd
que
seul
le
bruit
de
nos
e
p troubler. Nous
i étouffé C
C avancions Co
ola végétation,ovenait
p
par
e
o
C
e
e un monde
it
dans
figé, humide etdcotonneux.
Leit
chemin
e
t
i
t
ds'enfonçant nte
ientre les énormes
y
r racines,
dy zigzaguait
y
r
e
d
r
e
t
r
e profondément
i
t plus que nous
e dans la iterre.
n Nous devinâmes
n
t
e
tnt
i
i
tn
ne vîmes le soirie
s'installer au-dessus du feuillagep
touffu.
i
e
i
o
p un long
Après avoir
parcouru
chemin dans C
cet antre au op
e
p
i
o
o
C
sentier sinueux,
la luminosité
devint brutalement
plus intense. C
e
op
C
e Et
t
e tout aussitebrutalement, nousdatteignîmes
i
t
Puis,
la lisière.
t
i
i
d faite de nte
inous, s'élevait une
rclôture gigantesque
dy juste devant
y
r
d
e
r
e
t
r
e troncs
i
t droit vers cette
e d'arbres. Le sentier
n se dirigeait
i
n
t
e
tnt
i
i
muraille. Nous inous
impressionnés par
cette
e arrêtâmes
in
p
e
i
o
p
e
construction
et l'observâmes p
un instant. Elle était
circulaire et op
i
C
o
o comprîmes
parallèleCà la lisière.CNous
se C
equ'un village
op
e
t
e
i
t nous
e protégé parrcette
à l'intérieur,
clôture. Ce i
que
d
ittrouvait
t
e
d
i
y
d
r
prîmes pour
la lisière n'était e
qu'une gigantesque
clairière au nt
d
r
e
t
e milieu
i
t observa sa carte
eder la forêt de la itaille
n du village.inPère
t
e
tnt
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
35
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
taffirma quedylei village dessinéeauy
ye
r milieu deey
etiy
ladforêt
t
r
d
n
t
r
r
bien à celui-ci.
La haute clôture
t nous te i
e
nde l'autre
i
n
t
t e correspondait
t
i
empêchait
de
voir
les
maisons
côté,
mais
que nous i
n
t
t
e
i
p
i
e
p
i
devinions grâce à lap
fumée s'échappant
des cheminées. Après
o
e
o
p
i
C
o
o nous noustedécidâmes àe C
moment C
de contemplation,
op un
C
iune lourde porte
affronter
ce rempart. e
Au pied de celui-ci,
it
e
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
fermée
bloquaitd
l'accès.
Père
frappa
du
plat
de
la
main
contre
t
y
r
e
d
n
e
t
r
r
t un rocher. te i
dont
l'effet eut été le même
s'il avait tapé
e
n
i
n
t
t e leSurbois
i
lat
ne permettaient de se i
nporte austère, ni ijudas
ealorsni demarteau
i
p
e
p
i
o
signaler.
Nous
reculâmes
quelques
pas
et
père
se
mit
p
e
o
p
i
C
o
C
o
en direction
C du ciel : C
e
op à—crier
e
t
e
i
t
Oh

!
Y
a-t-il
quelqu'un
?
e
t
i
d
i
t
d
i malgré plusieurs
r tentatives.
y
ye
dy personnernedyrépondit
Mais
t
r
e
r
n
e
t
i
e Mais tbonesang ! Commentifait-on
pour entrert! S’énerva-tn
n
e
tnt —
t
t
i
i
il. it
n
t
p
ievers la charrette.
e
p
i
o
p
Puis
furieux,
il
se
dirigea
e
o
p
i
C
o
C
oce village oùtl'on
Ah mais ça
n’accueille
C! Qu'est-ce que
e
op —
C
e
e
i
pas les
! te
it
d
itétrangers
e
d
i
y
y
r
d
t
Il
fouilla
dans
un
sac,
retira
un
marteau,
revint
à
la
porte
et
se
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e à frapper
i
let bois de ses
e de toutes ses iforces,
n marquant
n
t
e
tnt mit
i
i
tnLà, une tête surgitiedu haut de laie
coups.
clôture.
i
p
p
o
p voulez-vousp? Cria la tête. C
— Qui êtes-vouso
et que
e
o
i
C
o
C du village C
Nous sommes
du nord, répondit mon
e père aprèste
op —
t
e
i
s'êtreireculé,
e un toit pourrdla nuit. di
t nous cherchons
t
e
i
y
d
t
y

La
porte
est
fermée,
vous ne pouvez
pas entrer. r
d
e
r
n
e
t
r
e Je voiste
t nous e i
bien qu'elle est fermée,
l'ouvrez,
n mais si vous
i
n
tnt —
i
i
n entrer ! Fulmina-t-il.
pourrons
e
i
p
i
e
p
i
p aux voleurs
e
— Nous n'ouvrons
pas
! Répondit la tête.Co
o
p
i
o
C
ode colère. te
C se mit à rougir
à cette insulte
op Père
C
e
e
i
emagicien-village
t me chercher
— Allez
le
!
it
d
i
t
e
d
i
y
r
d
t
r
— Il n'y a pas ded
magicien-village chez
nous, je le remplace.
e
r
n
e
t
e
i
erpas honte de inous
n laisser ainsi
n'avez
?t
n
t
e
tnt — Vous
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
36
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d la fureur ntye
i sans répondre,
y
r ce qui augmenta
iyt Mais la rtêtedydisparut
y
r
e
d
e
t
r
de père
et il se mit à frapper
belletsur la porte, tant il i
e
n dene plus
i
t
te
t
in pas sous lespcoups,
ite
était
révolté.
La
solide
porte
flanchait
tn
t
e
i
i
e
i Il ne s'arrêtaCo
mais le marteau
qu'une fois op
pinfligea sa marque.
e
p
i
o
olui perlant surtele front. e C
épuisé, les
Cgouttes de sueur
op
C
i dit-il essoufflé.
— Allez mon fils,
inutile d'insister d
et partons,
e
it alors tye
e
t
t
d
i
y
r
i
Sur son visage,
la
peine
remplaçait
la
rage.
Je
lui
repris
r
dyet le rangeai. Nous
e fîmes le ttour
d le marteau
e
t
r
r
du village en in
e
n
e
i
n
t
t
ite
suivant l'impressionnante
clôture et i
après quelques minutes
tn
e
i
p
i
e
o dans la op
de marche, nous
uni chemin s'enfonçant
p croisâmes
e
p
i
C
o
C
o
forêt. C
e
op
C
e
t
i
t
—e
Nous avons retrouvé
le chemin, d
dis-je.
e
t
i
i
t
d
i
r
y
y
ye
d La nuit rarrivait
à grands pas et
nous distinguâmes
à peine le
t
r
y
d
e
r
n
e
t
i
e chemin.
t
e
n
i
n
t
e
tnt
t
t
i
i
— Une minute, i
ditepère, j'ai l'impression
se
t que ce ochemin
itn
p
e
p
i
p
dirige
vers
la
montagne
et
s'éloigne
de
la
mer.
Je
vais
e
o
p
i
C
o
C
consulter
Cle plan. Co
e
op
e
t
e
i
dans t
sae
sacoche et tenta d
de lire le parchemin,
it mais te
itIllesfouilla
d
i
y
y
r
d
indications
se
confondaient
dans
la
pénombre.
r
dy je lirai late
n
e
rprenons-le,
er — tBon,
i
t
carte
demain.
e
n
t
i
n
e
tn
i et, aussitôt,plainuit
tn
Nous pénétrâmesiàe
nouveau dans la forêt
i
e
p
i
o
p
remplaça lao
pénombre.
e
o
p
i
C
C
o
— NousC
ne voyons plus
rien, arrêtons-nous
elà, proposatpère.
op
C
esous
t
e
i
Je dételai alorstles
bêtes dans le noir
et nous dormîmes
e
t
i
d
i
dà tâtons. nte
i y avoir installé
rles peaux deebêtes
dy la charrette
y
r
après
d
e
r
t
r
e Nous
ediscutâmes un long
n moment deinlatjournée passéeieet i
i
t
tnt
surtout de cet étrange
où ne vivait
aucun
e village inhospitalier
in
p
i
e
i
o
p
e
magicien-village.
Puis nous
laissâmes vagabonder
nos op
p
i
C
o
C
o
pensées C
avant de nousCabandonner
au sommeil.
e Le tsilence
op
e
t
e
i
eabsolu dans larforêt
le noir
où, ni les étoiles,
i ni le te
d
itemplissait
t
d
i
y
d
rPourtant, un in
du
d vent ne pénétraient
e jamais.
e
t
r
er souffle
t
e
n
t
i
n
tn
i
ie
nt
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
37
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d et
i ce vide. Il nous
y
ye
r réveilla sûrement
grognement
perturba
iyt
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r pèretprès
i
e deça ?moi me chuchota
n : int
i
e
t e mon
t
t
i
— Tu
entends
itnrépondis-je sur
p
ileemême ton. iet
p

Oui,
o
p
e
o
p
i
C
o
C
silence revint,
le grognement
C mais aprèsCunocourt instant,
e
op Le
e
t
i
perçae
le noir à nouveau.
Il semblait venir
du fond de la forêt
etamisait.
it
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
que
l'épaisse végétation
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r Ça recommence,
t
dis-je, est-ce
une bête ?
e
n
i
n
t
e
te —
t
i
i
— Sûrement,
tn murmuraipère.
e bruit sourd
i
p
e
p
i
o
À
peine
avait-il
parlé,
qu'un
déchira
la
nuit.
Mais
p
e
o
p
i
C
o
C
o
cette foisC
semblait proche
et il me glaça lee
sang.
op le—criMontons
C
e
t
e
i
t
sur
la
charrette,
proposa
mon
père.
e
t
i
d
i
t
d ne
ide le répéter. Enemoins
r de temps
y
y
ye
Ild
n'eut pas besoin
qu'il
t
r
y
d
r
n
e
t
r
i
e pourtele dire, nous nousiretrouvâmes
sur letchargement.
n
n
e
tnt fallut
t
t
i
i
Je sortis
mon couteau du
et je gageai
t que monopèrep
itn
iefourreau
e
p
i
p
en
fit
autant.
Puis
l'oreille
aux
aguets,
nous
attendîmes.
Un cri
e
o
p
i
C
o
C
transperça
effrayant
Ccette fois-ciClaonuit. Un criitsourd
e
op aigu
e
e
t
s'en i
suivit.
reprit
ses droits. Je ime
e le silencey
t Puis de inouveau,
d
t
e
d
y
r
d
t
blottis
dans
les
bras
de
mon
père
qui,
malgré
mon
statut
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
tpeut-être d'un e i
m'accepta
contre lui.
e
nCe qui remonta
i
n
t
tnt d'homme,
i
i
tn courage, inculquant
cranison
en lui le devoir de me protéger.
e
p
i
e
p
i
o
pnous fit trembler
Puis, un autre crio
aigu
d'effroi.
e
o
p
i
C
C
o
C d'enfant, ditCmon père, ça ivient
C'est une voix
ed'assez près.te
op —
t
e
Un enfant
a des ennuis.
e
i
dle noir ? Demandaiitferait
t
e
d
i
y
r
d
t
y
r

Que
un
enfant
dans
la
forêt
dans
d
e
r
n
e
t
r
e inquiet.te
i
t
n
i
n
e
tnt jeMais
i
i
n
je n'obtins pas de iréponse.
e Déjà,iilesauta de la charrette.
i
p
p
o
p
e
— Où vas-tu papa
?
Demandai-je
effrayé
de
rester
seul.
o
p
i
C
o
o Des tmonstres,
C à terre m'épouvantait.
de sauter
e peut-te C
op L'idée
C
e
i
e quelque part
être,it
rodaient, invisibles,
dans cette forêt
d
t
e
di
i
y
r
d
t
r
mystérieuse. Pourtant,
rester seul e
me terrorisait davantage,
d
r
n
e
t
e
i
t
erà mon tour. in
n
e
tnt aussi,inje tsautai
i
i
e
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
38
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
i toi.
y
ye
r
avec
iyt — Je viens
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r
Je tins
mon père par la chemise.
avançait
t pas à pas danstele i
eNos
n à Ill'obscurité
i
n
t
te
t
i
i
noir.
yeux
s'habituaient
et discernaient
tn
t
e
i
p
i
e
i
faiblement le chemin
o lui, op
p que nouspsuivîmes à tâtons.CComme
e
i
o
je tenaisC
mon couteau à lao
main. Les bruits
avaient cessé et le C
e
op
C
e
t
i
t
silence me pesait,
car j'avais l'impression
qu'on nous
épiait
e
i
e
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
derrière und
arbre.
Je
suivais
mon
père
en
tendant
l’oreille,
de
t
y
r
e
d
n
e
t
r
i
r
t soudain, mon
peur e
qu'on nous surprenne
par derrière. Mais
n
i
n
t
e
te
t
i
i
père s’arrêta net ete
je me figeai également. Il resta immobile
tn
i
p
i
e
p
i
o
un
moment
et
je
me
risquai
à
pencher
la
tête
un
instant.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
Devant C
nous, une lueur
perçait le noir, illuminant
un tronc.
e
op
C
enous
t
e
i
t
Nous
n'entendîmes
aucun
son.
Alors,
prudemment,
nous
e
t
i
d
i
t
d d'une ntye
ide la lumière.eElle
r semblaiteprovenir
y
dy approchâmes
r
y
d
r
t
r
e torche,
t l’ombre te
elle faisait trembler
des i
e car, vacillante,
n
i
n
t
tnt
t
i
i
feuilles. Sans m'en
je tirai
t la chemise deomon
itn
p ilpèrese p
ieapercevoir,
e
i
p
de
peur
de
tomber
nez
à
nez
avec
un
monstre.
Alors,
e
o
p et susurra : C
i retournaCet o
C
o
p
se
pencha
à
mon
oreille
e
o
C
e
t
t
—e
Reste ici si t
tue
veux, je vais voir.di
t
i
i
d d'un nte
i redoubla maey
rfrayeur et eje rrépondis
dy Cette proposition
y
d
r
t
r
e gesteteénergique de la tête.
i
t à pas, nous nous
pas
nSans un bruit,
i
n
e
tnt
i
ifois
tn
enfonçâmes horsie
du chemin, entre les racines. Une
i
p
e
i
o
pde la source pde lumière, nous C
parvenus près
risquâmes un op
e
i
o
o
C
regard. Et
là, appuyé contre
un arbre, je vis
un garçon ligoté. C
e
op
C
e Il
t
e de lui, unetetorche presque uséedil'éclairait faiblement.
t
Près
t
i
i
d tout était nte
i et regardait dans
r le vide. Comme
dy ne bougeait
y
r
pas
d
e
r
e
t
r
e silencieux,
i
tà la main. Le bruit
e mon père s'approcha
n le couteau
i
n
t
e
tnt
i
i
qu'il fit attira alors
qui faillit crier.
Mais
el'attention deil'enfant
in
p
i
e
o
p
e
quand il puto
voir distinctement
mon père, il se retint,
bien que op
p
i
C
o le couteau.teAlors, mon père
C inquiet observait
son regard
le C
op
C
e
e
i
e dans son rétui.
en le rangeant
Quant à moi, i
jetn'osais
d
itrassura
t
e
d
i
y
d
r
bouger ded
ma cachette et je e
regardais la scène
derrière un nt
r
e
t
r Père murmura
e troncted'arbre.
t à l'oreille edu i
n quelques
mots
i
n
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
39
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d les
i ses liens. Il priteensuite
y
ye
r l'enfant
garçon
de
dans
iyt et le libéra
t
y
y
r
d
d
n
e
t
r
r et revint
i
laissantn
la torche fichée t
en terre. Puis
e vers moi,
i
n
t
e
t e bras
t
t
i
i
nousit
retournâmes,
dans
le
noir,
vers
notre
charrette
non
loin
n
t mon père osap
ie fois arrivéieque
p
de
là.
Ce
ne
fut
qu'une
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
: C
e
op chuchoter
C
e
t
i
— Que
pourquoi
es-tu attaché
?
e montagnes,
im'at
ese passe-t-il,
d
t
t
d
i
ye
r
—iy
C'est un homme
des
il
m'a
trouvé
et
il
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r Il esttenece moment partiin
chercher les siens.tFuyons vite,
n
e
t e pris.
t
i
i
ils vont
notre recherche.
tnrevenir et se mettre
e à notre
i
p
i
e
p
i
o

Pas
question
de
laisser
marchandise,
attelons
les
p
e
o
p
i
C
o
C
o
au plus vite.
C
e le noir, tlee
op bêtes
C
t
e
i
Une ifois
cette
tâche e
exécutée rapidement
dans
t
i
d pendant rquedpère
t
i
r
y
y
ye
d
garçon
et
moi
montâmes
sur
le
chargement,
t
y
d
e
r
n
e
t
r
i
e la charrette
bient que mal. Il
e en suivanttilensentier tantin
t
e
tnt tirait
t
i
faisait
les bêtes
pas, entse mettant un peu
itnmarcher
ied'unse bon
e dans la nuit. Jeomep
p
i
p
en
retrait,
laissant
les
bêtes
débrouiller
e
o
p
i
C
o
C
plein deC
questions sur C
ceso
hommes des montagnes
dont
e
op posai
e
t
e
i
je n'avais
entendu
demandai ce qu’un
e parler. Je mey
it
d
it d'àjamais
t
e
d
i
y
r
d
t
garçon,
peu
près
de
mon
âge,
faisait
seul
dans
la
forêt
la
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e maisteje n'osais parlerinde peur quentces hommes e i
tnt nuit,
i
tn nous repèrent.
monstrueux
Lui non plus ni ine bougeait ni ne
e
i
p
i
e
p
i
o
pdevant lui, scrutant
parlait. Il regardait
dans le noir.
Puis
e
o
p
i
C
o
C
o
un courtC
moment de marche,
il se penchae
du haut de la
op après
C
e
t
e
i
t
charrette
et parla le t
plus
bas possible, mais
juste assez pour
e
t
i
d
i
e
d
i :
r
dymon pèrerentende
t
y
r
que
d
e
r
n
e
t
e Tournez
i
t
eà droite.
n
i
n
t
e
tnt —
i
i
n je scrutai moi
Interloqué,
eaussi le noir.iePour venir du village
i
p
i
p
o
p
e
jusqu'ici, je ne connaissais
qu'un
chemin
et
un
seul
figurait
o
p
i
C
o
o en effet, tqueedeux arbrese C
C il me C
la carte. Pourtant,
sembla,
op sur
e
i laisser passer
e
t
énormes
parurent suffisamment
espacésd
pour
it
i
t
e
d
i
y
r
d
t
notre charrette. d
Mon père tourna bride
et s'enfonça r
entre les
e
r
n
e
t
e arbres,
in qui gênaient
nt le passage. ie i
terécartant lesebranches
tnt deuxin
i
p
op
pi opie
e
o
i
C
o
C
40
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
dles racines ntye
i aussitôt lesey
rsoubresautsequey
iyt Nous ressentîmes
y
r
d
d
t
r
r
i
soumettaient
aux roues. À
peine avions-nous
t quitté le chemin
e entendîmes
ncris
i
n
t
e
te
t
t
i
i
que
nous
des
non
loin
de

qui
me
glacèrent
t
itn
p
ie
e
p
i
le
cœur.
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o le garçon. te
— Les revoilà,
C me chuchota
op
C
e
i
charrette cahota
s'arrêta. La têteit
de père
e un instant, puis
eLa
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
apparut. d
t
y
r
e
d
n
e
t
r
i
r
t
— Chut,
fit-il simplement
avant de disparaître.
e
n
i
n
t
e
te
t
i
i
Précaution inutile,
peur m'interdisait le moindre
tn
esurmades peaux
i
p
i
e
p
i
o
mouvement.
À
plat
de
bêtes,
j'entendis
soudain
p
e
o
p
i
C
o
C
o
des bruits
se rapprochaient. e
Mon cœur se serra.
Cde pas qui C
op
e les
t
e
i
Puis
non
loin,
la
lumière
d'une
torche
balaya
de sonit
halo
e
t
d
i
t
dde quitter. ntye
rque nous venions
y
dy branchesretdylesi feuilles du sentier
r
e
r
e
t
i
e Lestbruits
t Père rassurait
s'intensifièrent.
e de pas et latilumière
n
n
e
tnt
t
i
i
les ânes en leur icaressant
le cou. tTétanisé, je transpirai
e l'espace
itn
p nousà p
e
i
o
p
l'idée
qu'ils
découvrissent
entre
les
arbres

e
p leur souffleCet le bruit deCo
i étions. Nous
oentendions maintenant
o
p
C
e ils passèrent
o
C
e
t
e
i
t
leur
harnachement.
À
peine
à
quelques
mètres,
e
t
i
d
i
t
e
d
iJe ne les voyaisepas.y
r Je percevais
dy devant nous.
t
seulement
le
y
r
d
r
n
e
t
r
e halote
tqui s'éloignait.eJe i
de leurs torches, éclairant
n les feuilles,
i
n
tnt
i
tn
respirai sans toutefois
oser bouger. Le silence revint.p
Àicôté
e
i
i
e
p
i
o
pchuchota à mon
de moi, l'enfant
père :
e
o
p
i
C
o
C
o
— NousC
pouvons continuer
par là, nous pouvons
e passerteentre
op
C
t
e
i
arbres et rejoindre
e le chemin derdMarguiaVille.di
itles
t
e
i
y
d
t
y
r
Je
sentis
la
charrette
s'ébranler.
Je voulus m'agripper
et je
d
e
r
n
e
t
r
e m'aperçus
i
t dans la main,
toujours mon n
couteau
e que je tenaisin
t
e
tnt
i
i
les doigts crispésisur
roues butaient contre
les
ele manche.iLes
in
p
e
o
p
e
racines et o
ébranlaient le chargement.
Les branches
basses op
p
i
C
C
o devions lestécarter
raclaientC
la charrette etC
nous
e constamment.
op
e
e
i
e redoutant lard
ne parlait,
présence des hommes
it des te
itPersonne
t
d
i
y
d
que rle bruit que n
dPourtant, j'eustl'impression
e
e retomber d'un i
r
er montagnes.
t
e
n
provoquaient
les
racines
soulevant
et
laissant
t
i
n
t
tn
i
ie
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
41
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
dde la
i se propageaitejusqu'au
y
ye
r tréfonds
coup
iyt sec la cargaison
t
y
y
r
d
d
n
e
t
r
r
i
Nouseavancions assez vite
la nuittet mon père
n malgré
i
n
t
e
t e forêt.
t
t
i
i
faisait
plus
confiance
aux
bêtes
qu’à
lui-même
pour
se
t
e nousieretrouvâmes
itnAprès un long
p
imoment,
p
diriger.
enfin
un
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op chemin.
C
e
t
i
— Où
? Interrogea père led
plus bas possible.
e
it
edois-je prendre
t
t
d
i
ye
r
—iy
À droite, répondit
le
garçon.
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
r
t fus soulagé te i
avoireété ballotté de manière
incessante, je
n
i
n
t
t e Après
i
de iretrouver
large au sol régulier. Nous i
tn un chemin
e silence
p
i
e
p
i
o
continuâmes
dans
le
lourd
de
la
forêt,
fuyant
le
plus
p
e
o
p
i
C
o
C
o
possible.C
Les ânes nousCentraînèrent longtemps
e dans tlae
op loin
t
e
i
nuit.iAlors,
épuisé,
je
finis
par
m'endormir.
e
t
i
d
t
d
i
r
y
y
ye
d
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
e soleiltduematin, fort et lumineux,
t J'ouvris les te i
me réveilla.
n
i
n
tnt Le
t
i
i
yeux,
le ciel bleu. Mais
tnjoyeux de découvrir
t je me rappelai,
e
i
p
i
e
p
i
oJe
p d'un songe,
d'abord comme le relent
l'aventure de laC
nuit.
e
o
p
i
o
C
o
redressai me
ni les cris dans e
les ténèbres ni
Csouvenant que
op me
C
e
t
e
i
l'enfant
n'étaient
à côté de moi, bien
eun rêve. Je le vis
it
d
imet ligoté
t
e
d
i
y
y
r
d
t
réel,
remémorant
définitivement
les
aventures
de
la
nuit.
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e jetai unteœil circulaire et ijenne reconnusnpast le paysage. e i
tnt JeToujours
i père, près d'unpi
tn juché en hautiduechargement,ieje vis
i
p
o
p de pain. p
feu, manger un morceau
Je descendis promptement
e
o
i
C
o
C
o
dansC
mes bras.
e
op et—leJ'aipris
C
e
t
e
i
t
eu
peur,
dis-je.
e
t
i
d
i
t
e
d est
ifils, mais je crois
yMoi aussi mon
rque le cauchemar
t
y
r
—d
d
e
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt terminé.
i
i
nsommes-nous ? Demandai-je.
— Où
e
i
i
ede la forêt avantodep
p
i
p
e
— J'ai marché longtemps
jusqu'au
sortir
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op m'arrêter.
C
e
t
e
i
t
e vîmes une tête
t qu'il parlait,itnous
Pendant
dépasser du hautide
d
i
e
d
y
r
d
t
r
la charrette et nous
l'invitâmes à venir
déjeuner avec
nous.
d
e
r
n
e
t
e pèreteluiroffrit du fromage
tqu'il mangea e i
n et du pain
i
n
tnt Monin
i
i
e
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
42
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d tranches ntye
i sa faim, ejey
rlui proposaiey
Devant
deux
iyt goulûment.
y
r
d
d
t
r
r
d’espadons
qu'il n
ne refusa pas. J'attendis
t qu'il enteeût i
e avantséchés
i
n
t
te
t
i
i
terminé
de
lui
poser
des
questions
:
tn
t
e
i
p
i
e
i
— Je crois que
de choses à nous raconter.
o Et op
ptu as beaucoup
e
p
i
C
o
C
o ligotétdans
d'abord C
comment t’es-tu retrouvé
la forêt ?
e
op
C
e
i
Avant-hier, mes
parents sont d
partis à la cueillette
ene sont
it aux tye
e—
t
t
d
i
y
r
i
champignons.
Ils
pas
revenus
le
soir.
Le
lendemain,
r
dysuis parti à leurtrecherche.
e
d inquiet,
e
r
r
t
je
Je
suis
allé très loin, in
e
n
e
i
n
t
t
i j'ai voulu revenir,
itele
fouillant la forêt toute
la journée. Quand
tn
e
i
p
i
e
i je suis tombé
o sur des op
soir tombait p
déjà et, par malheur,
e
p
i
C
o
o
hommesC
des montagnes
qui ont tenté de e
me capturer. Je suis C
op
C
e et
t
e à leurteéchapper, mais l'un
id'eux m'a rattrapé
t
parvenu
t
i
d
i
d apparus ntye
i prévenirelesy
r autres, vous
dy attaché.rEndyvoulant
êtes
r
r
e
t
i
e comme
t
e par miracle. tin
n
t
e
tnt
t
i
i
Il s'arrêta un moment,
le t
sol. Des larmes coulèrent
itn
p
ie regardantie
p
o
p
le
long
des
joues.
e
o
p
i
C
o
C
osans famille.te
— Maintenant,
seul,
C je suis C
op
e
e
i
Habites-tu le
village à la granded
clôture ? Demandai-je.
e
it
it—
t
e
d
i
y
y
r
d
t
Il
acquiesça
d'un
signe
de
tête,
lentement.
Le
désarroi
se lisait
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e surtsonevisage.
i
t
n
i
n
e
tnt
i
i
tn
— Tu ne sais pasice
qui a pu leur arriver ?
e
i
p
e
p
i
o
p prisonniers
— Peut-êtreo
sont-ils
des hommes des
montagnes.
e
o
p
i
C
C
o
— MaisC
qui sont cesC
hommes des montagnes
e ? Demanda
op
e
t
e
i
t
père, jamais jet
n'ai
entendu parler d'eux.
e
t
i
d
i
d Mais nte
i brutes. Ils vivent
r dans les e
dy — Ce sont
y
r
des
montagnes.
d
e
r
t
r
e lorsqu'il
t de descendreeà i
e fait trop froid,
n il leur arrive
i
n
t
tnt
i
i
n
l'approche de l'hiver.
Cependant,e
c'est rare et ils nous
fuient
e
i
p
i
p
i
o
e
ou se cachent
àp
notre vue. p
o
i
C
o
C
o village esttfortifié
Cpour cela queCvotre
— Est-ce
e ? Demandaiop
e
e
i
e
it
d
itje.— Entre autres,
t
e
d
i
y
r
d
r
nous craignons
davantage les
ours ou les nt
d
e
r
e
t
r sauvages quiinpeuplent cettenforêt.
e autres
i
t
ebêtes
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
43
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
tLes hommesdy
d
i montagnes ont-ils
y
ye
rdéjà enlevéequelqu'un
—iy
des
t
y
r
e
d
n
t
r
r villaget?e
n d'années ietnje tcrains que ce ite i
i
t e du
t
— C'est
arrivé,
il
y
a
une
dizaine
tn encore pour imes
e parents. iet
iarrivé
p
p
soit
o
p
e
o
p
i
C
o
C
à cette
Cévocation. Co
e
op Il—pleura
e
t
i
Leemagicien-villagee
ne vous protège-t-il
pas ? Insista mon
it
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
père.
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r Il n'ytaeplus de magicien-village
depuis fort t
longtemps et
n
i
n
e
te —
t
i
i
nousiréglons
tn nous-mêmes
enos problèmes.
p
i
e
p
i
o
Cette
incroyable
information
confirma
la
mésaventure
à
la
p
e
o
p
i
C
o
C
o
de ce village.
magicien pour
C Nous quiCsollicitions notre
e
op porte
e
t
e
i
t
un oui
ou
pour
un
non,
je
me
demandai
comment
ils vivaient
e
t
i
d
i
t
d un
r
y
ye
dyses conseils
sans
nii sa sagesse. Je e
n'imaginais
mêmerpas
t
y
d
r
n
e
t
r
e
t perdu dans te i
sansemagicien. Nous inous
étions tus, moi
n
n
t
tnt village
t
i
i
mesiréflexions,
tn lui dansisaepeine. iet
p
p
odans
— Je dois retrouver p
mes parents. Je
vais immédiatement
e
o
p
i
C
o
C
o
montagne. C
e
op laAprès
C
e
t
e
i
esubite, il se leva.y
it
d
itcette affirmation
t
e
d
i
y
r
d
t

Comment
t'appelles-tu
?
Reprit
père.
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e Halnick.
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt —
i
i
tn ne pars pasie
— Halnick,
seul, tu ne pourras rien sinon mourir
i
p
e
i
o
p Une tellepquête est périlleuseCet elle Cop
de faim ou d'épuisement.
e
i
o
o nous retournerons
C
Viens
avec nous,
quand
e danste
op senotreprépare.
C
t
e
i
e avec toi, raccompagné
i
d guider deretdnotre
itvillage, jeyipartirai
t
e
y
d
t
magicien-village.
Seul
lui
pourra
nous
nous
d
e
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt protéger.
i
i
n comment allons-nous
— Mais
si nous tardons
e les retrouver
i
p
i
e
p
i
o
p
e
trop ? Demanda-t-il
exaspéré,
je
veux
les
rejoindre
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op maintenant.
C
e
t
e
i
tne sais pasitoùesont partis cesrdêtres, ni où ilsdiontt
— Tu
i
e
y
d
t
r
emmené tes parents.
Le magicien-village
sera capable
de
d
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
44
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
dainsi nous ntye
i trace. Nous partirons
y
r à plusieurs
leur
iyt retrouverrd
y
y
r
e
d
e
t
r
i
pourrons
face si besoin.
t
e lafaire
nréfléchir, partagé
i
n
t
e
te
t
t
i
i
Il
baissa
tête
et
sembla
entre
l'impatience
t que nous lui offrions.
itn
p
ie ou l'espoir
e
p
i
de
partir
et
la
protection
o
p
e
o
p
i
C
o
o de mon
Finalement,
insistances
père, il accepta de C
C après les C
e
op
eet le
t
i
t
nous suivre. Mon
père le prit amicalement
par l'épaule
e
i
e
d
t
d
i
ye
r
iyt réconforta.
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
e
n
i
n
t
e
te
t
i
i
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
d
i
r
y
ye
dy
t
r
y
d
e
r
n
e
t
r
i
e
t
e
n
i
n
t
e
tnt
t
t
i
i
t
itn
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
y
r
d
t
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
tn
e
i
p
i
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
t
i
d
i
t
e
d
i
r
dy
t
y
r
d
e
r
n
e
t
r
e
i
t
e
n
i
n
t
e
tnt
i
i
in
p
ie
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C
o
C
e
op
C
e
t
e
i
e
it
d
it
t
e
d
i
y
r
d
t
r
d
e
r
n
e
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
45
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d
i
y
ye
r
iyt
t
y
y
r
e
d
d
n
e
t
r
r
i
t
e
n
i
n
t
e
t e Chapitre
t
t
i
i
dee
latdouble lunep
e
itn 3 : Le
imarché
p
i
o
p
e
o
p
i
C
o
C à perteCo
eau vent toutete C
de vue, laissant
op L'herbe rase s'étendait
t
i
e
i
eet cet espace
d
liberté
contrastait
avec r
l'épaisse
et étouffante
t
t
d
i
y
ye
i
t
y
r
d
e
forêt.
Je
respirais
à
grand
poumon
l'air
marin
que
le
vent
d
n
e
t
r
r
tde la mer et te i
eavec lui. Le sentier
nse rapprochait
i
n
t
t e transportait
i
i
tndes embruns revigorait
e mon père
i
p
l'odeur
pour sa plus grande
i
e
p
i
o
p
e
o
p
i
joie, chassant le souvenir
pénible
de
cet antre dangereux.
C
o
C
o
Cdu dragon ! C
epère. te
op — Voici
la baie
S’enthousiasmaimon
t
e
e
t
i
d dominantrladmer.
i suivaityiàtprésent une corniche
Ley
chemin
r
y
ye
d
t
d
e
r
Au
bord
de
la
falaise
s'accrochaient
des
arbres
rabougris
que
n
e
t
r
i
e
t
e à se courber.
n Mon pèrein
i
contraignait
nous désigna du it
t
e
tnt ledoigtvent
t
t
itn
p
ie
l’horizon :
e
p
i
o
p
e
o
p
i
C

Voyez-vous
la
terre
au
loin
?
C’est
le
pays
des
o
C
o
C
e
op malfaisants.
C
e
t
e
i
e que le ciely
it
it des vagues,
t
Au-delà
avant
nedtouche la mer,
une
e
d
i
y
r
d
t
y
r
e
d
r
bande
grise
se
détachait.
n
e
t
r
e Deste
t j'espère, e i
n n'y allonsinpas,
i
malfaisants ! Nous
tnt —
i
tn effrayé iàecette idée. ie
i
p
m’exclamai-je,
p
o
pmais nous serons
e
o
p
i
C
o

Heureusement
non,
proches
de
leur
pays.
C
o
C
ela ligne dete
op Je regardai,
C et de dégoût,
plein d'interrogation
t
e
i
e
t
d père. rdi
isombre sansyrelief
t
terre
que me désignarmon
e
i
y
d
t
d
e
r

Il
est
l'heure
de
manger,
nous
repartirons
ensuite,
dit-il.
n
e
t
r
e nousteinstallâmes dos àin
i
t
la mer sur lain
corniche que le ie
tnt Nous
n
p
iede la falaise,ieles vagues écumantes
ventimalmenait. Aup
pied
p
o
e
o
p
i
C
o
se
brisaient
avec
fracas,
en
gerbes
mousseuses,
contre
les
oau-dessus detnous,
e les aileste C
op rochers.teLes C
C
mouettes planant
i
e le vent. Je merd
i jouaientitavec
tremblantes,
régalai d'une tranche
e
di
y
d
t
r
d
e
r
n
e
d'espadon
et
quelques
légumes
puis
d'un
fruit
pour
le
dessert.
t
e
i
t
er
n
i
n
t
e
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
46
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
ddu dragon. ntye
i le cheminequi
y
r suivait l'anse
reprîmes
iyt Puis nousrdy
y
r
d
e
t
r
i
Nouse
arrivâmes à un petit
village, le dernier
t avant la ville
n
i
n
t
e
te
t
t
i
i
frontière.
La
journée
n'étant
qu'à
son
milieu,
nous
le
itn
pAucun op
ieavoir besoiniedetnous y arrêter.
traversâmes
sans
o
p
e
p
i
C
C
habitantC
neo
nous prêtait lao
moindre attention.
e
op
C
e
t
i
Ils doivent être
aux étrangers,
conclut mon
ehabitués
itpère.
e—
d
t
t
d
i
y
ye
r
i
Halnick qui,
taciturne,
ne
parlait
que
rarement
s'étonna
que le
t
y
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
village
soit sans clôture protectrice.
e
n
i
n
t
e
te
t
i
i
— Quand arriverons-nous
à la ville frontière ? Demandai-je.
tn
e comme
i
p
i
e
p
i
o

En
fin
d'après-midi,
prévu.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
En effet,
nous
Calors que leCsoleil commençait
e à décliner,
op
e
t
e
i
t
vîmes
les
premières
maisons
de
MarguiaVille.
Le
chemin,
e
dmarchandsretddeipaysans tye
itdésert jusqu'à
t
i
r
y
y
d
présent,
fourmillait
de
y
e Jamais jete
n
t
rddans l'indifférence.
er se tcroisant
ne vis autant de i
e
n
t
i
n
e
tn
t et plus nous
i
it
monde sur un chemin
de p
la ville,
tn
tapprochions
e
i
i
e
i
opremières op
p de personnes
plus la multitude
croissait. Les
e
p
i
C
o
o s'alignaientte
maisons,Cd'abord espacées,
de chaque côté du C
op
C
e
e
i
chemin. Puis les
habitations se resserraient
au fur et iàt
mesure
e
t
d
i
t
d rues, nte
i
y
rse divisa enemultiples
dy de notrerprogression.
Le chemin
y
r
e
d
r
t
e sansteque nous sachions
i
t Aussi, nous
n laquelleinsuivre.
i
e
tnt
ivite,
tn
décidâmes de suivre
la foule la plus nombreuse. Très
e
i
p
i
e
i
o
ptoute orientation.
nous perdîmes
Les rues seC
croisaient et op
e
p
i
o
o
C
s'entrecoupaient
et les C
gens se séparaient,e
tournant à droite ou C
op
t
eà gauche ette
i ni où aller.ite
bien
nous ne savions qui
suivre
t
d
i
i
r la fouleeetrledbrouhaha, nte
dy Nous nous
y
arrêtâmes,
contemplant
d
e
r
t
r
e impressionnés
i
tanttde rues.
e par tant deinmonde et parin
t
e
tnt
i
— Trouvons d'abord
proposa père. Demandons
eun logement,
in
p
i
e
p
i
o
p
e
à quelqu'un.o
o
p
i
C
C
o :
C le premierC
Il interpella
passant
e
op
e
t
e
i
t s'il
enous pourrionsrloger
Savez-voustoù
nous et nos i
bêtes,
d
it—
e
d
i
y
d
t
r
vous plaît d
?
e
r
n
e
t
e L'homme
t répondit : e i
er nous dévisageaind'abord surpris,
puis
n
t
tnt
i
i
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
47
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
tAllez voir dleyimagicien-quartier,
d sa
y
ye
ril vous répondra,
—iy
t
y
r
e
d
n
e
t
r
r
este
au bout de cette impasse.
n la petiteinruet qu'il nous ite i
i
t
t e maison
t
Nous
le
remerciâmes
et
prîmes
tpour les enfants p
itn L'impassepservait
ie d'air de jeux
e
p
i
désignait.
o et
e
o
p
i
C
o
C
o que celle-ci,
charrette,
les obligea à
Cpresque aussiClarge
e
op notre
e
t
i
se réfugier
seuil
des portes. Avant
au bout
e vîmes
it
e contreyleitnous
d d'arriver
t
d
ye
r
deiy
la petite ruelle,
le
magicien
nous
attendant
t
r
d
e
d
n
e
t
r
i
r
t
sure
son bâton.
n
i
n
t
e
t e appuyé
t
i
i
— Bonjour,
venu à MarguiaVille.
tn étranger, soyez
e le bien
i
p
i
e
p
i
o

Bonjour,
magicien,
répondit
mon
père
se
courbant.
p
e
o
p
i
C
o
C
o
Vous cherchez
C donc unC endroit pouritvous
e et votrete
op —
e
chargement.
e
ide
d au marché
iteffet, nousyvoulons
t
d
i
r
y
y
ye
d

En
vendre
nos
produits
t
r
d
e
r
n
e
t
r
i
e
t
lune.
e
n
i
n
t
e
tnt la—double
t
t
i
i
C'est
et vends les places.
t Trouvezounep
itnetmoivenezquimeautorise
iedemain.
e
p
i
p
auberge
voir
Il
y
a
l'auberge
de l'âne
vert
e
o
p
i
C
o
C
o par jour.te
vous accueillera
C pour troisClosses
op qui
e
e
i
— Trois
par tjour
e ? Qu'est-ce qu'une
it
d losse, demanda
it losses y
e
d
i
y
y
r
d
t
père.
r
e
d
r
n
e
t
r
e C’esttleemoyen d'effectuerindes échanges nà MarguiaVille.
i
t
e
tnt —
i
i
tnvous n'avez rien,ieje vais vousiexpliquer.
Puisque
i
p
e
p
o
p sur cettepmonnaie sa valeur
Le magicien nous
éclaira
et la
e
o
i
C
o
C
o
C servir. Alors
de s'en
pour payer e
nos nuits, le
op manière
C
e
t
e
i
t
magicien
nous échangea
trois peaux dedbêtes contre vingt
e
t
i
i
t
e
d à
i ensuite le chemin
r pour nous
dy Il nousrindiqua
t
y
r
losses.
rendre
d
e
r
n
e
t
e
t cette ville e i
Mais
e nous nous égarions
n souventindans
i
t
tnt l'auberge.
i
n bondées et nous
aux irues
demandâmes
plusieurs fois notre
e
p
i
e
p
i
o
pressemblaient
e
chemin. Les maisons
à celles de nos C
villages,
o
p
i
o
opeintes de tcouleurs
de boisC
et dont certaines
e gaies,te C
op faites
C
e
i
e qui s'entremêlaient
t les rues sinueuses
égayaient
en directions
i
d
i
t
e
d
i
y
r
d
t
r
confuses. Chaque
intersection devenait
pour nous un
cassed
e
r
n
e
t
e
tnous finîmes e i
ermais à force deinrenseignements,
n
t
tnt tête iinsoluble,
i
i
n
e
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
48
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau

i
t
ite
e
tnt
t
e
i
i
p
i
p
p
o
p
o
o
ie
C
o
C
C
p
C
e
o
e
t
i
t
e
i
e
d
t
d de la ntye
i
y
r Située àel'extrémité
l'auberge
de l'ânee
vert.
iyt par trouver
y
y
r
d
d
t
r
r
ville,e
elle offrait, derrière
une grange
pré i
t ainsi qu'unte
n elle,
i
n
t
te
t
i
i
pour
les
bêtes.
Par
contre,
contrairement
aux
constructions
tJe n'avais pas vupd'étage p
itn
ie un étage.
e
i
habituelles,
elle
possédait
o
p
e
o
p
i et ce bâtiment
C
o
C
o
p
me
paraissait
immense.
C
e
o
C
e
t à mon père.
i
t
— Faut-il montere
à l’échelle ? Demandai-je
i
e
d
t
dtout aussi tye
i nous allonservoir, répondit-il
iyt — Probablement,
y
r
d
d
n
e
t
r
i
r
t
intrigué.
e
n
e
i
n
t
t
i
ite
Nous pénétrâmes e
tous les trois à l'intérieur,
laissant notre
tn
i
p
i
e
i grande salle ornée
ode tables op
charrette. Nous
une
pdécouvrîmes
e
p
i
C
o
o
et de bancs.
De chaque
côté de celle-ci, e
une cheminée dans C
C
op
C
t
e un feutchauffait
t
laquelle
une partied
dei la pièce. Face
àe
nous,
e
t
i
i
d
i
r
y
y
ye
d un grandrdycomptoir s'appropriait
une partierde la salle.
t
e
r
n
e
t
e Quelques
buvant dutvin, couvraient la i
e personnes tattablées,
n
i
n
t
tnt
ite
salle de leur conversation
bruyantetid'un brouhaha p
continu.
tn
e
i
i
e
icomptoir derrière
olequel un op
p
Nous nous approchâmes
du
e
p
i
C
o
o un chiffontesur l'épaule, enous C
homme C
aux joues rouges,
op
C
e
i
observait.
e
t
it
d
i
t
e
d
i
y
y
r
d
t

Vous
désirez
?
Dit-il
d'une
voix
affable.
y
r
e
d
r
n
e
t
r
e — tNous
t dis-je. e i
e désirons une chambre
n jusqu'auinmarché,
i
tnt
i Le
tn
— Vous avez deie
la chance, il m'en reste une à l'étage.
i
p
e
p
i
o
p de monde.
marché attire
beaucoup
e
o
p
i
C
o
C
o
C une clef C
Il nous tendit
qu'il prit derrière lui
à le
eet nous invita
op
e
t
e
i
t
Il se tdirigea
heureux
e vers l'escalier.
i de te
dl'étage.Je Ilfussuivit
itsuivre.
d
i
y
r
d
y
r
découvrir
le
mystère
de
l'accès
à
un long
d
e
r
n
e
t
r
e
t
corridor
et s'arrêta devant
une porte.nPendant qu'il nous i
e
n
t
i
t
e
tn
i et d'autres, comme
i le
n
indiquait le chemin,
il parla de choses
e
i
p
i
e
i
o en op
p pour leomarché
e
temps qu'ilo
ferait
et la baisse de
clientèle
p
i
C
C Il se retournait
cas de pluie.
parfois verse
nous, vérifiant
que C
op
C
e
t
e
i
e ses affirmations.
approuvions
Il s'arrêta devant
it une te
d
itnous
t
d
i
y
r
d
puis,
dtoujours soliloquant,
e il l'ouvrit.ter
n
t
r
er porte,
i
e
n
t
i
n
t
tn
i
ie
n
e
i
p
i
e
i
p
o
p
e
p
o
i
C
o
o
C
49
C
e
op
C
e
t
e
i
t
e
i
d
it
t
i
d
r
y
ye
d
t
r
y
y
d
e
r
e
n
t
r
i
t
e
te
in
La légende perdue - Gilles Valoteau


Documents similaires


Fichier PDF iletaitunefois
Fichier PDF prog anim 25 au 31 juillet
Fichier PDF prog anim 25 au 31 juillet 2
Fichier PDF prog anim 09 au 14 aout 2015
Fichier PDF prog anim 23 au 28 aout 2015
Fichier PDF prog anim 11 au 18 juillet


Sur le même sujet..